Cicha cenzura pro-life. Co naprawdę planuje ONZ?

Czy sprzeciw wobec aborcji może zostać uznany za „dezinformację”? Jeszcze kilka lat temu takie pytanie brzmiałoby jak publicystyczna przesada. Dziś nie jest już retoryczną prowokacją, lecz realnym problemem debaty publicznej. W dokumentach powiązanych z Organizacją Narodów Zjednoczonych oraz w narracjach środowisk współpracujących z WHO coraz częściej pojawia się język, który każe uważnie przyjrzeć się granicom wolności słowa. Nie chodzi o krzykliwe hasła. Chodzi o mechanizm. O redefinicję pojęć. O subtelną zmianę akcentów, która może prowadzić do systemowego ograniczania głosu środowisk pro-life.

Na pierwszy plan wysuwa się pojęcie „dezinformacji”. W oficjalnych dokumentach i raportach dotyczących zdrowia reprodukcyjnego oraz praw człowieka pojawiają się zapisy mówiące o konieczności walki z „szkodliwymi narracjami” i „nieprawdziwymi informacjami”, które utrudniają dostęp do usług medycznych. W praktyce coraz częściej oznacza to, że argumenty etyczne, filozoficzne czy religijne przeciw aborcji bywają wrzucane do jednego worka z fake newsami. Jeśli ktoś podważa dominującą narrację, może zostać zaklasyfikowany jako źródło dezinformacji.

W tym miejscu warto wrócić do analizy Władimira Wołkowa, który dezinformację definiował nie jako zwykłe kłamstwo, lecz jako systemowe manipulowanie percepcją rzeczywistości w celu osiągnięcia określonego efektu społecznego. Dezinformacja według Wołkowa polega na zmianie znaczeń, przesuwaniu akcentów, redefiniowaniu pojęć tak, by odbiorca nie zauważył momentu, w którym grunt pod jego stopami został zmieniony. Jeśli przyjmiemy tę definicję, pytanie brzmi: kto dziś redefiniuje język praw człowieka? Kto decyduje, co jest „szkodliwą narracją”, a co „ochroną zdrowia”?

Pojęcie „zdrowia reprodukcyjnego” stało się jednym z kluczowych elementów tej debaty. W klasycznym rozumieniu zdrowie oznacza ochronę życia i integralności organizmu. W nowym języku dokumentów międzynarodowych coraz częściej obejmuje ono dostęp do aborcji jako element standardowej opieki zdrowotnej. Gdy aborcja zostaje wpisana w katalog praw człowieka, sprzeciw wobec niej zaczyna być przedstawiany jako naruszenie tych praw. Mechanizm jest prosty: zmieniamy definicję, a wraz z nią zmienia się moralna ocena.

Czy ONZ redefiniuje prawa człowieka w kontekście aborcji? Oficjalnie mówi o zapewnieniu równego dostępu do usług zdrowotnych i eliminacji barier. W praktyce oznacza to presję na państwa, by liberalizowały prawo aborcyjne, a także by przeciwdziałały „dezinformacji” utrudniającej realizację tych usług. Jeśli argument pro-life – odwołujący się do prawa do życia dziecka poczętego – zostaje uznany za przeszkodę systemową, wówczas jego obecność w debacie może być postrzegana jako problem wymagający regulacji.

Hasło walki z fake newsami jest dziś jednym z najskuteczniejszych narzędzi wpływu. Nikt rozsądny nie broni kłamstwa. Nikt nie postuluje, by w przestrzeni publicznej funkcjonowały jawnie nieprawdziwe informacje. Problem pojawia się wtedy, gdy granica między fałszem a opinią moralną zostaje zatarta. Gdy stanowisko etyczne, zakorzenione w określonej wizji człowieka, zaczyna być traktowane jak zagrożenie dla porządku informacyjnego. Wówczas walka z dezinformacją może stać się narzędziem cichej cenzury.

„Odpowiedzialność platform cyfrowych” to kolejny element tej układanki. W dokumentach międzynarodowych coraz częściej pojawiają się zapisy wzywające platformy do aktywnego monitorowania i ograniczania treści uznawanych za szkodliwe w kontekście zdrowia reprodukcyjnego. W praktyce oznacza to algorytmy filtrujące, oznaczanie treści jako wprowadzających w błąd, ograniczanie zasięgów lub usuwanie materiałów. Jeśli kryteria oceny ustalane są w oparciu o jedną dominującą narrację, głos alternatywny – nawet oparty na faktach – może zostać zmarginalizowany.

Mechanizm językowej podmiany pojęć jest tu kluczowy. „Prawo do życia” zostaje zestawione z „prawem do wyboru”, przy czym to drugie zyskuje status nadrzędny. „Ochrona sumienia” bywa przedstawiana jako bariera w dostępie do usług. „Obrona dziecka poczętego” staje się „narzucaniem poglądów religijnych”. Zmiana słów prowadzi do zmiany percepcji. A gdy percepcja się zmienia, zmienia się także zakres dopuszczalnej debaty.

Czy mamy do czynienia z próbą ograniczenia głosu środowisk pro-life? Oficjalnie nikt nie mówi o zakazie sprzeciwu wobec aborcji. Ale jeśli sprzeciw ten zaczyna być kwalifikowany jako „szkodliwa narracja”, jeśli podlega ograniczeniom algorytmicznym, jeśli jest systematycznie delegitymizowany jako zagrożenie dla zdrowia publicznego, wówczas mamy do czynienia z procesem, który można nazwać cichą cenzurą. Nie polega ona na zamykaniu ust siłą. Polega na redefiniowaniu granic tego, co uznaje się za dopuszczalne.

Globalna debata o aborcji coraz częściej przestaje być sporem moralnym, a staje się sporem o język i regulacje informacyjne. Jeśli prawo do życia dziecka poczętego nie mieści się w katalogu praw człowieka, a prawo do aborcji zostaje do niego dopisane, zmienia się cała architektura dyskusji. Wówczas obrona życia może być postrzegana jako przeszkoda w realizacji nowo zdefiniowanych praw.

To nie jest emocjonalna tyrada. To analiza kierunku, w jakim może zmierzać międzynarodowa polityka regulacyjna. Pytanie nie brzmi, czy ktoś ma prawo do własnych przekonań. Pytanie brzmi, czy będzie mógł je wyrażać w przestrzeni publicznej bez ryzyka, że zostaną oznaczone jako dezinformacja. Jeśli cenimy wolność słowa i debatę opartą na faktach, musimy uważnie obserwować proces redefiniowania pojęć. Bo w świecie, w którym język staje się narzędziem polityki, granica między ochroną informacji a kontrolą narracji bywa bardzo cienka.