Anatomia podziału

Stara jak Rzym zasada „divide et impera” – „dziel i rządź” – nie odeszła do historii. To nie jest wyblakły cytat z podręcznika łaciny, ale żywy mechanizm, który wciąż działa w XXI wieku. Zmieniły się tylko maski i narzędzia. Kiedyś panowali nad ludźmi legioniści, dziś robią to politycy, media i globalne układy. Zasada pozostała ta sama: poróżnić, skłócić, rozproszyć – aby łatwiej rządzić i skuteczniej kontrolować.

Wystarczy spojrzeć na bieg dziejów. Rzymianie doskonale wiedzieli, że zjednoczony naród jest groźny, ale skłócone plemiona można pokonać jednym gestem. Później przyszli myśliciele tacy jak Machiavelli, którzy dodali do tej logiki kolejne elementy – cyniczną zasadę, że „cel uświęca środki”. A kiedy oba mechanizmy spotkały się ze sobą – podział i relatywizm moralny – powstała mieszanka, która zatruwa życie narodów aż po dziś dzień.

Nie inaczej było w polskich dziejach. Przez 123 lata zaborcy perfekcyjnie stosowali zasadę dzielenia Polaków. Rosjanie rozbijali wspólnotę przez rusyfikację i represje wobec katolików, Austriacy tolerowali jednych, marginalizowali drugich, Prusacy germanizowali, dzieląc na „lojalnych” i „opornych”. Podczas okupacji niemieckiej Heinrich Himmler mówił otwarcie: „Musimy podzielić Polskę na jak najwięcej części i grup etnicznych, jak to tylko możliwe”. To nie były słowa rzucone na wiatr, ale plan realizowany krok po kroku – najpierw niszcząc elity, potem rozgrywając resztę.

Ale czy naprawdę trzeba sięgać do starożytności albo do czasów zaborów, by zobaczyć, jak to działa? Wystarczy włączyć współczesne media i posłuchać języka dzisiejszych polityków. Dzielą nas codziennie. Na „naszych” i „obcych”, na „prawdziwych obywateli” i „wrogów demokracji”. Media nie formują ludzi, nie wychowują do samodzielności i refleksji – one formatują nas jak plik komputerowy. Ustawiają ramy, poza które nie wolno wyjść. Zamiast argumentów dostajemy etykiety, zamiast prawdy – narracje, zamiast dyskusji – krzyk i wykluczenie.

To właśnie tu widać całą anatomię podziału. Widać, jak demagodzy budują iluzję, że spór jest drogą do prawdy, a w rzeczywistości chodzi tylko o władzę. Jak „tolerancja” staje się narzędziem selekcji: jedne poglądy wolno głosić, inne trzeba ośmieszyć albo wykluczyć.

Ten mechanizm znakomicie opisał ks. Józef Tischner w swojej Historii filozofii po góralsku. Przytoczył tam obraz bacy z Dursztyna, który niósł na targ psy w worku. Co chwilę potrząsał workiem, bo kiedy niósł go spokojnie, psy gryzły jego, a gdy potrząsał – gryzły się między sobą. Baca miał spokój. Czyż nie jest to genialna metafora naszej rzeczywistości? Ci, którzy potrząsają workiem, mają spokój, a my – zamiast pytać, kto nami manipuluje – gryziemy się nawzajem.

Dziś już nie trzeba legionów, żeby podzielić społeczeństwo. Wystarczy mikrofon, kamera i smartfon. Podziały nie rodzą się w wielkich pałacach – one zaczynają się w naszych głowach, kiedy pozwalamy się formatować. Kiedy powtarzamy cudze narracje, zamiast szukać prawdy. Kiedy bronimy „mojszości”, zamiast budować jedność.

Historia Rzymu, doświadczenie zaborów, dramat okupacji i współczesne manipulacje prowadzą do jednego wniosku: naród, który pozwoli się podzielić, sam skazuje się na niewolę. To nie jest teoria. To brutalne prawo polityki. Kto daje się skłócić, staje się narzędziem w rękach innych.

Dlatego trzeba dziś odwagi, by powiedzieć jasno: dość bycia psami w cudzym worku. Dość pozwalania, by inni nami potrząsali. Dość zgody na narracje, które odbierają nam wolność myślenia i działania. Wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja, a zaczyna prawda.