Są takie rocznice, wobec których człowiek powinien najpierw zamilknąć, ponieważ każde słowo wydaje się zbyt lekkie wobec ciężaru tego, co wydarzyło się naprawdę. 11 lipca, w rocznicę Krwawej Niedzieli, nie wspominamy abstrakcyjnego „konfliktu”, kolejnego „sporu o pamięć” ani jednej z wielu „trudnych kart” historii Europy Środkowo-Wschodniej. Stajemy wobec pamięci konkretnych ludzi, dzieci, kobiet, mężczyzn, starców, całych rodzin i całych miejscowości, które miały przestać istnieć tylko dlatego, że ich mieszkańcy byli Polakami. Dlatego pierwszym obowiązkiem tego dnia nie jest polityka, publicystyka ani nawet historyczna polemika, lecz modlitwa za zamordowanych, za tych, których imiona znamy, i za tych, których nazwiska zniknęły razem z domami, rodzinami i spalonymi wsiami, za tych, którzy mają swoje mogiły, oraz za tych, którzy nadal czekają na odnalezienie, ekshumację, krzyż i tabliczkę z własnym imieniem.
Dopiero po modlitwie przychodzi obowiązek mówienia, ale kiedy już zaczynamy mówić, nie wolno nam mówić półprawdą. Nie wolno używać języka tak sterylnego, aby zbrodnia zamieniła się w bezosobowe „wydarzenia”, sprawca rozpłynął się w „trudnej historii”, a ofiara została sprowadzona do jednej z wielu stron dawnego konfliktu. Na Wołyniu dokonano ludobójstwa na polskiej ludności, a za zbrodnię odpowiadały konkretne środowiska, konkretne struktury, konkretni ludzie i konkretna ideologia, która wcześniej musiała wykonać swoją pracę nad ludzkim sumieniem. Zanim bowiem człowiek podniesie rękę na sąsiada, wcześniej ktoś musi go przekonać, że sąsiad przestał być bliźnim, a zanim mord stanie się narzędziem politycznym, trzeba stworzyć świat pojęć, w którym cel narodowy zostaje postawiony ponad prawem Bożym, ponad Dekalogiem i ponad elementarną godnością człowieka.
Właśnie tutaj trzeba sięgnąć do ideologicznych źródeł ukraińskiego nacjonalizmu integralnego i do myśli Dmytra Doncowa, ponieważ ludobójstwo nie narodziło się w intelektualnej próżni. Nie chodzi przy tym o obciążanie odpowiedzialnością całego narodu ukraińskiego, lecz o rzecz znacznie poważniejszą: o pokazanie, że ideologie mają swoich autorów, swoje teksty, swoje hasła, swoich propagatorów, a ostatecznie również swoje konsekwencje. Jedno ze zdań „Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty” brzmi: „Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy”, natomiast inne nakazuje: „Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu”. Jeżeli takie zasady zostają wprowadzone do politycznego myślenia, dokonuje się przewrót znacznie głębszy niż zwykła radykalizacja języka, ponieważ „dobro sprawy” zaczyna zajmować miejsce obiektywnego dobra, a interes narodu otrzymuje władzę decydowania o tym, czy zbrodnia nadal jest zbrodnią.
W tym właśnie miejscu kończy się patriotyzm, a zaczyna bałwochwalstwo narodu. Patriotyzm może wymagać ofiary z własnego życia, ale nie daje prawa do odebrania życia niewinnemu człowiekowi; może wymagać odwagi, poświęcenia i walki, ale nie pozwala nazwać mordowania dzieci, kobiet i bezbronnych rodzin służbą narodowej sprawie. Kiedy natomiast człowiek przyjmuje zasadę, że wolno mu popełnić nawet „największą zbrodnię”, jeżeli wymaga tego polityczny cel, wówczas nie istnieje już granica, której nie można przekroczyć. Mord może zostać nazwany obowiązkiem, terror koniecznością, a okrucieństwo bohaterstwem, ponieważ najwyższym sędzią przestaje być prawo Boże, a staje się nim ideologia.
Dlatego tak niezwykle ważne pozostaje nauczanie Piusa XI, który w encyklice „Mit brennender Sorge” ostrzegał przed wynoszeniem rasy, narodu i państwa do rangi wartości absolutnych. Papież wskazywał, że człowiek, który ubóstwia rasę, naród albo państwo, „przewraca i fałszuje porządek rzeczy”, ponieważ naród, choć jest rzeczywistym dobrem, nie jest Bogiem. Ojczyznę można kochać, można jej służyć, można jej bronić i można oddać za nią własne życie, ale nie wolno w jej imię unieważnić Dekalogu. Właśnie na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy katolickim patriotyzmem a nacjonalistycznym absolutyzmem: chrześcijanin wie, że również jego własny naród podlega sądowi dobra i zła, natomiast ideolog próbuje uczynić z narodu źródło dobra i zła.
Zderzenie nauczania Piusa XI z zasadą mówiącą, że nie należy wahać się przed największą zbrodnią, kiedy wymaga tego „dobro sprawy”, pokazuje dwa całkowicie odmienne porządki moralne. W pierwszym istnieją czyny, których nie wolno popełnić nawet dla osiągnięcia wielkiego celu, natomiast w drugim cel polityczny może usprawiedliwić przekroczenie każdej granicy. Nie można tych dwóch porządków pogodzić, ponieważ nie można jednocześnie wyznawać, że przykazanie Boże jest bezwzględnie obowiązujące, i pozostawiać sobie furtki pozwalającej zawiesić je w chwili, kiedy przeszkadza ono narodowemu projektowi.
Kilka dni po ogłoszeniu „Mit brennender Sorge” Pius XI opublikował encyklikę „Divini Redemptoris”, w której pisał o bezbożnym komunizmie i stwierdzał jednoznacznie, że „komunizm jest zły w samej swej istocie”. Ten dokument również stanowi ważny klucz do zrozumienia świata, w którym dokonała się tragedia Wołynia, ponieważ ziemie wschodnie II Rzeczypospolitej zostały wcześniej przeorane przez sowiecki terror, deportacje, aresztowania, wywózki i rozpad dotychczasowego porządku. Później przyszła okupacja niemiecka, przynosząc własny system terroru, eksterminacji i pogardy dla ludzkiego życia, a pomiędzy tymi dwoma wielkimi totalitaryzmami radykalny nacjonalizm próbował wykorzystać historyczny chaos do realizacji własnego projektu.
Nie oznacza to, że komunizm, niemiecki narodowy socjalizm i ukraiński nacjonalizm integralny były jednym i tym samym systemem, ponieważ historyczna uczciwość wymaga dostrzegania różnic. Łączyła je jednak śmiertelnie niebezpieczna pokusa podporządkowania konkretnego człowieka wielkiej idei, wskutek czego osoba ludzka przestawała być celem, a stawała się materiałem historii. W jednym systemie człowieka można było zniszczyć jako „wroga klasowego”, w innym jako przedstawiciela rasy uznanej za niższą lub niepożądaną, natomiast w nacjonalistycznym projekcie można było uznać go za przeszkodę stojącą na drodze do stworzenia etnicznie jednorodnej przestrzeni.
W tym miejscu warto sięgnąć do Feliksa Konecznego, który rozumiał cywilizację jako metodę organizowania życia zbiorowego i przypominał, że „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Nie można jednocześnie uznawać, że istnieje uniwersalne prawo moralne, i twierdzić, że prawo to można zawiesić, kiedy wymaga tego interes własnej wspólnoty. Nie można głosić chrześcijaństwa, a jednocześnie przyjmować zasady, że największa zbrodnia staje się dopuszczalna, jeżeli służy narodowej sprawie, ponieważ w takim przypadku religia zostaje podporządkowana polityce, a Bóg staje się jedynie dekoracją dla ideologicznego projektu.
To właśnie wojenny chaos stworzył warunki, w których radykalna ideologia mogła próbować osiągnąć dwie rzeczy jednocześnie: wykorzystać rozpad państwowego porządku oraz fizycznie usunąć ludność uznawaną za przeszkodę dla przyszłego projektu politycznego. Jeżeli przyszłe granice miały zależeć również od tego, kto zamieszkuje określone ziemie, wówczas usunięcie polskiej ludności mogło zostać potraktowane jako sposób tworzenia faktów dokonanych. W tym właśnie miejscu polityczna kalkulacja spotkała się z ideologią, która wcześniej nauczyła człowieka, że „dobro sprawy” może usprawiedliwić największą zbrodnię, a skutkiem tego spotkania stała się tragedia konkretnych rodzin.
11 lipca 1943 roku nastąpiła kulminacja ludobójczej akcji wymierzonej w polską ludność Wołynia. Nie była to regularna bitwa dwóch armii ani przypadkowa eksplozja lokalnej przemocy, lecz uderzenie w ludność cywilną, w ludzi znajdujących się w swoich domach, gospodarstwach i świątyniach, w całe rodziny, które miały zostać usunięte z ziem uznanych za przestrzeń przyszłego państwa ukraińskiego. Mordowano dzieci, kobiety, ludzi starych i bezbronnych, a brutalność stosowanych metod miała nie tylko odebrać życie konkretnym osobom, lecz również wywołać terror wśród tych, którzy jeszcze żyli.
Nie wolno opisywać tego bestialstwa dla samego epatowania okrucieństwem, ale jeszcze większym błędem byłoby wygładzenie historii do tego stopnia, aby następne pokolenia nie rozumiały, co rzeczywiście się wydarzyło. Narzędzia codziennej pracy stawały się narzędziami zadawania śmierci, całe rodziny znikały, a w wielu miejscach ofiara znała sprawcę. To właśnie ten wymiar zbrodni jest szczególnie przerażający, ponieważ ideologia nie działała wyłącznie pomiędzy anonimowymi grupami, lecz potrafiła wejść pomiędzy ludzi, którzy wcześniej mieszkali obok siebie, spotykali się na drogach, znali swoje domy, rodziny i codzienne życie.
Zbrodnia zaczyna się bowiem znacznie wcześniej niż w chwili pierwszego mordu, ponieważ zanim człowiek podniesie rękę na drugiego człowieka, wcześniej musi dokonać się proces moralnego odczłowieczenia ofiary. Konkretny człowiek zostaje sprowadzony wyłącznie do swojej narodowości, sąsiad przestaje być sąsiadem, dziecko przestaje być postrzegane jako niewinne dziecko, a cała rodzina zaczyna funkcjonować w propagandowej wyobraźni jako przeszkoda stojąca na drodze do realizacji politycznego projektu. Ideologia odbiera człowiekowi twarz, imię i indywidualną historię, pozostawiając jedynie etykietę „wroga”, którego usunięcie można następnie przedstawić jako konieczność.
Na Wołyniu istniały jednak również postawy pokazujące, że nawet w najbardziej przerażających warunkach człowiek zachowuje odpowiedzialność za własne wybory. Byli Ukraińcy, którzy ratowali Polaków, ostrzegali sąsiadów, ukrywali ich i płacili za to najwyższą cenę, ponieważ odmówili podporządkowania własnego sumienia ideologicznemu nakazowi. Ich pamięć jest niezwykle ważna, ponieważ pokazuje, że żaden człowiek nie jest automatycznie skazany na zbrodnię przez narodowość, pochodzenie czy historyczne okoliczności, a prawdziwa granica przebiega ostatecznie przez ludzkie sumienie.
Właśnie dlatego pytanie o odpowiedzialność Kościoła i jego pasterzy pozostaje tak bolesne. Postać metropolity Andrzeja Szeptyckiego, po ukraińsku Andrija Szeptyckiego, nie daje się uczciwie zamknąć ani w hagiograficznej laurce, ani w propagandowej czarnej legendzie, ponieważ jego biografia zawiera zarówno działania zasługujące na uznanie, jak i decyzje oraz wypowiedzi wymagające bardzo poważnych pytań. Ratował Żydów podczas Zagłady, występował przeciwko zabijaniu i ogłosił list pasterski „Nie zabijaj”, ale wcześniej kierował również słowa do Adolfa Hitlera, które do dzisiaj pozostają przedmiotem historycznych i moralnych sporów.
W przesłanym materiale przywołano słowa listu, w którym Szeptycki po zajęciu Kijowa gratulował Hitlerowi i pisał o „niezwyciężonym wodzu”. Historyczny kontekst sowieckiego terroru, masakr dokonywanych przez NKWD oraz nadziei wiązanych przez część Ukraińców z upadkiem bolszewizmu pomaga zrozumieć okoliczności, ale zrozumienie okoliczności nie może oznaczać automatycznego unieważnienia odpowiedzialności za wypowiedziane słowa. Historia wymaga bowiem czegoś więcej niż prostego podziału na bohaterów i potępionych, a szczególnie wobec pasterza Kościoła trzeba pytać, czy jego słowa w najtrudniejszych chwilach były wystarczająco jednoznaczne.
Szeptycki w liście „Nie zabijaj” pisał mocno o odpowiedzialności zabójcy i o przekleństwie, które sprowadza na siebie człowiek przelewający niewinną krew. Problem polega jednak na tym, że wobec konkretnej, zorganizowanej zbrodni pojawia się pytanie, czy ogólne przypomnienie przykazania jest wystarczające, jeżeli sprawca został wcześniej przekonany, że jego własny czyn stanowi wyjątek usprawiedliwiony dobrem narodu. W takiej sytuacji pasterz powinien nie tylko powiedzieć, że zabijanie jest grzechem, lecz również przeciąć ideologiczne kłamstwo, które pozwala sprawcy sądzić, że jego mord nie podlega zwykłej ocenie moralnej.
W tym kontekście niezwykle mocno brzmią słowa greckokatolickiego biskupa Grzegorza Chomyszyna, który znacznie wcześniej dostrzegał niebezpieczeństwo nacjonalistycznego zatrucia i pisał: „Ukrywać zło, usypiać naród zatrutymi narkotykami, podtrzymywać jego malignę – to straszne zabójstwo. Naród, któremu nikt nie odkrywa albo nikt nie ma odwagi odkryć błędnej jego drogi (…) jest narodem nie do uzdrowienia”. To jest jedna z najważniejszych myśli, jakie można dzisiaj przywołać, ponieważ prawdziwa miłość do własnego narodu nie polega na usprawiedliwianiu wszystkiego, co uczynili „nasi”, lecz na odwadze powiedzenia własnej wspólnocie prawdy również wtedy, kiedy ta prawda boli.
Ta zasada obowiązuje wszystkich, również Polaków, ponieważ żadnemu narodowi nie służy mit własnej bezgrzeszności. Nie wynika z tego jednak, że każdą historię należy natychmiast zamienić w symetryczny rachunek win, w którym samo wspomnienie o odpowiedzialności sprawców musi zostać natychmiast zrównoważone opowieścią o winach ofiar. Uczciwość historyczna wymaga badania wszystkich zbrodni, ale wymaga również zachowania proporcji, chronologii, charakteru działań i rzeczywistej odpowiedzialności, ponieważ inaczej historia przestaje służyć prawdzie, a zaczyna służyć rozmywaniu faktów.
Właśnie dlatego z ogromnym niepokojem patrzę na współczesny język, w którym rozmowa o Wołyniu coraz częściej zostaje przeniesiona z pytania o prawdę na pytanie o to, czy sama pamięć nie jest przypadkiem zbyt mocna, zbyt bolesna albo zbyt niewygodna. Szczególnym przykładem jest opublikowany w czerwcu 2026 roku wspólny głos dotyczący relacji polsko-ukraińskich, podpisany przez kardynałów Mykołę Byczoka, Konrada Krajewskiego, Kazimierza Nycza i Grzegorza Rysia oraz arcybiskupa większego kijowsko-halickiego Światosława Szewczuka. Dokument mówi o potrzebie „rozbrojenia języka”, gestów, znaków i symboli, ostrzega przed „pamięcią negatywną” oraz przed narzucaniem „partykularnej wizji przeszłości”, ale w kontekście tej historii szczególnego znaczenia nabiera pytanie o to, czego w takim języku zabrakło.
Jeżeli mówi się o polsko-ukraińskiej pamięci, a jednocześnie unika się jednoznacznego nazwania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii i ludobójstwa, pojawia się niebezpieczeństwo stworzenia fałszywej symetrii. Nie chodzi o to, aby odrzucić pojednanie, lecz o to, aby nie budować go na rozmyciu odpowiedzialności, ponieważ pojednanie pozbawione prawdy może stać się jedynie uprzejmą formą przemilczenia. Jeżeli ofiara słyszy przede wszystkim wezwanie, aby uważała na „negatywną pamięć”, podczas gdy nadal nie może odnaleźć grobu swoich bliskich, mamy prawo zapytać, czy moralny ciężar nie został przesunięty w niewłaściwą stronę.
Pamięć może oczywiście zostać zatruta nienawiścią, ale może zostać również zatruta milczeniem. Człowiek może używać historii do podsycania wrogości, lecz może także używać słów o pojednaniu do zamykania ust tym, którzy domagają się prawdy. Właśnie dlatego Kościół powinien być w takich sprawach bardziej precyzyjny niż polityczna dyplomacja, ponieważ jego zadaniem nie jest tworzenie języka, w którym każdy czuje się jednakowo komfortowo, lecz przypominanie, że miłosierdzie i prawda nie są przeciwnikami.
Szczególnie mocno widać ten problem w kontekście współczesnej heroizacji UPA. Jeżeli mówi się, że ranić mogą symbole, znaki i gesty, trzeba mieć odwagę zastosować tę zasadę również do symboliki związanej z formacją, która w polskiej pamięci jest nierozerwalnie związana z ludobójstwem. Nie wystarczy tłumaczyć, że dla części Ukraińców UPA oznacza walkę z Sowietami, ponieważ walka z jednym zbrodniczym systemem nie daje automatycznego rozgrzeszenia z własnych zbrodni. Antykomunizm nie jest moralnym odpustem, a walka o niepodległość nie przemienia mordowania niewinnych w czyn bohaterski.
Jeżeli naprawdę chcemy pojednania, musimy mieć odwagę powiedzieć, że naród ukraiński ma prawo do własnej państwowości, bezpieczeństwa i pamięci historycznej, ale polskie rodziny mają dokładnie takie samo prawo do prawdy o swoich zamordowanych bliskich. Nie można wymagać od Polaków, aby dla dobra aktualnej polityki przyjęli jako bohaterów ludzi i symbole związane z cierpieniem ich rodzin. Prawdziwa przyjaźń między narodami nie polega na tym, że jedna strona milczy, aby druga nie poczuła się dotknięta, lecz na tym, że obie strony są zdolne zmierzyć się z prawdą.
Najbardziej przejmującym sprawdzianem wszystkich wielkich słów o pojednaniu pozostaje jednak sprawa niepochowanych. Po osiemdziesięciu trzech latach od Krwawej Niedzieli nadal istnieją rodziny, które nie mają miejsca, przy którym mogłyby zapalić znicz, ponieważ szczątki ich bliskich spoczywają w nieoznaczonych miejscach. Wobec tego faktu cała wielka polityka powinna na chwilę zamilknąć, ponieważ człowiek zamordowany ma prawo do grobu, a jego rodzina ma prawo wiedzieć, gdzie spoczywa.
Ekshumacja nie jest zemstą, krzyż nie jest prowokacją, a godny pochówek nie jest bronią polityczną. Można prowadzić najbardziej skomplikowane rozmowy o historii, geopolityce, wojnie i współczesnych sojuszach, ale żadna z tych rzeczy nie może unieważnić najbardziej elementarnego obowiązku wobec zmarłych. Człowiek, który jako dziecko stracił rodziców w 1943 roku, mógł przeżyć całe życie, wychować własne dzieci, doczekać wnuków i umrzeć bez możliwości uklęknięcia nad grobem własnej matki, dlatego każde wezwanie do pojednania powinno rozpoczynać się również od pytania, co zrobiliśmy, aby ten elementarny obowiązek wreszcie wypełnić.
Wołyń nie jest więc wyłącznie historią przeszłości, ponieważ pozostaje ostrzeżeniem przed każdym systemem myślenia, który próbuje przekonać człowieka, że istnieje sprawa ważniejsza niż niewinne życie. Dzisiaj inne są hasła, inne narzędzia propagandy i inne warunki polityczne, ale ludzka natura nie została wymieniona, dlatego nadal można stworzyć zbiorowego wroga, odebrać mu indywidualną twarz, przypisać mu odpowiedzialność za całą grupę, a następnie przekonywać, że wobec niego nie obowiązują już zwyczajne zasady.
Pamięć o Wołyniu powinna więc chronić nas zarówno przed nienawiścią, jak i przed relatywizacją. Nie wolno obciążać współczesnego człowieka osobistą winą za zbrodnię popełnioną przed jego narodzeniem, ale nie wolno również żądać od potomków ofiar, aby dla wygody współczesnej polityki zapomnieli, kto zamordował ich bliskich. Nie wolno budować wrogości wobec całego narodu ukraińskiego, ale nie wolno również usuwać z historii nazw OUN i UPA. Nie wolno odrzucać chrześcijańskiego przebaczenia, ale nie wolno zamieniać przebaczenia w narzędzie wymuszania milczenia.