Co rozbija Kościół od środka?

Są kryzysy, które przychodzą z zewnątrz i są łatwe do rozpoznania, ponieważ mają twarz prześladowcy, wroga albo jawnej ideologii walczącej z chrześcijaństwem. Kościół znał takie momenty przez całe wieki swojej historii. Cesarze rzymscy, rewolucje antychrześcijańskie, komunizm, totalitaryzmy XX wieku — wszystkie one próbowały zniszczyć wiarę frontalnym atakiem. Problem naszych czasów wygląda jednak inaczej i właśnie dlatego jest dużo bardziej niebezpieczny. Dzisiejszy kryzys nie polega przede wszystkim na tym, że świat walczy z Kościołem z zewnątrz. Największy dramat polega na tym, że sposób myślenia świata coraz głębiej przenika do wnętrza samego Kościoła. I właśnie dlatego tak wielu wiernych czuje dziś niepokój, którego często nie potrafi jeszcze nazwać, ale intuicyjnie widzi, że coś fundamentalnego zaczyna się rozpadać.

Paweł VI wypowiedział kiedyś słowa, które dziś brzmią niemal proroczo:

„W Kościele przeważa czasami myśl niekatolicka.”

To zdanie powinno zatrzymać każdego człowieka wierzącego. Nie powiedział tego publicysta, bloger ani krytyk współczesnych zmian. Powiedział to papież. I właśnie dlatego problemu nie da się już sprowadzać do „teorii spiskowych”, „nostalgii za przeszłością” czy „oporu wobec reform”. Kiedy głowa Kościoła mówi o przenikaniu myśli niekatolickiej do wnętrza wspólnoty wierzących, oznacza to, że kryzys dotyka samego sposobu rozumienia wiary.

Bo każdy wielki kryzys Kościoła zaczynał się najpierw od kryzysu myślenia. Najpierw zmienia się język. Potem redefiniuje się pojęcia. Następnie osłabia się znaczenie doktryny, aż w końcu wierni zaczynają słyszeć dwa sprzeczne komunikaty jednocześnie: oficjalnie mówi się, że nauczanie się nie zmienia, ale praktyka, język i sposób interpretacji zaczynają prowadzić ludzi dokładnie w przeciwnym kierunku.

I właśnie tutaj znajduje się jeden z najważniejszych filarów współczesnego kryzysu: rozmywanie prawdy o Chrystusie w imię dialogu, otwartości i nowego języka. Oczywiście sam dialog nie jest problemem. Kościół zawsze rozmawiał ze światem. Święty Paweł rozmawiał z poganami, Ojcowie Kościoła prowadzili spory z filozofami, średniowieczni teologowie odpowiadali na pytania swoich czasów. Problem zaczyna się wtedy, gdy dialog przestaje służyć głoszeniu prawdy, a zaczyna wymuszać jej rozmywanie. Kiedy chrześcijaństwo zaczyna bać się własnych dogmatów. Kiedy zamiast nawrócenia proponuje się jedynie „wspólną drogę”. Kiedy unika się mówienia o grzechu, piekle, sądzie i jedyności Chrystusa, ponieważ współczesny człowiek może poczuć się „niekomfortowo”.

A przecież chrześcijaństwo nigdy nie było religią komfortu. Było religią prawdy. I właśnie dlatego przez dwa tysiące lat Kościół głosił coś absolutnego:

„Nie ma w żadnym innym zbawienia.” (Dz 4,12)

Dzisiaj jednak coraz częściej pojawia się język sugerujący, że wszystkie drogi duchowe są właściwie równorzędne, że najważniejsze jest „spotkanie”, „towarzyszenie” i „wrażliwość”, a nie pytanie o prawdę. W efekcie wielu wiernych zaczyna żyć tak, jakby Chrystus był jedynie jedną z wielu religijnych propozycji, a nie jedynym Zbawicielem świata. I właśnie tutaj kryje się sedno dramatu. Bo Kościół może przetrwać biedę, prześladowania i ataki zewnętrzne, ale jeśli utraci jasność własnej tożsamości, zacznie rozpadać się od środka.

Najbardziej niepokojące jest to, że proces ten często dokonuje się pod hasłami miłości, dialogu i otwartości. Tymczasem prawdziwa miłość nigdy nie polegała na ukrywaniu prawdy. Chrystus nie umarł na krzyżu po to, aby Kościół dwa tysiące lat później wstydził się mówić jasno o tym, co jest grzechem, a co prowadzi do zbawienia. Problem polega jednak na tym, że współczesny świat akceptuje chrześcijaństwo tylko pod jednym warunkiem: ma ono przestać twierdzić, że posiada prawdę absolutną. Ma być inspiracją kulturową, przestrzenią emocjonalnego wsparcia albo organizacją humanitarną, ale nie może już mówić z autorytetem, że Jezus Chrystus jest jedyną drogą do Ojca.

I właśnie dlatego współczesny kryzys nie jest zwykłym sporem o styl duszpasterstwa czy język komunikacji. To jest walka o samo serce katolicyzmu. Bo jeśli Kościół przestaje wierzyć we własną wyjątkowość, jeśli zaczyna relatywizować własne dogmaty, jeśli coraz bardziej dostosowuje się do oczekiwań świata, to bardzo szybko zaczyna tracić zdolność odróżniania prawdy od kompromisu.

Historia pokazuje zresztą wyraźnie, że największe herezje rodziły się zawsze wtedy, gdy próbowano „unowocześnić” chrześcijaństwo albo uczynić je bardziej akceptowalnym dla ducha epoki. Arianizm, protestantyzm, modernizm — wszystkie te nurty zaczynały się od przekonania, że Kościół powinien lepiej „dopasować się” do współczesnego człowieka. Tymczasem Kościół nie istnieje po to, aby odbijać poglądy świata jak lustro. Jego zadaniem jest prowadzić świat do prawdy, nawet wtedy, gdy ta prawda staje się niewygodna.

Pius X ostrzegał przed modernizmem jako „syntezą wszystkich herezji”, ponieważ doskonale rozumiał, że największe zagrożenie nie polega na pojedynczych błędach doktrynalnych, ale na samym sposobie myślenia, który zaczyna podporządkowywać Objawienie współczesnej mentalności. I właśnie to obserwujemy dzisiaj. Coraz częściej nie pyta się już: „co jest prawdą?”,
ale: „jak to zostanie odebrane?”, „czy nikogo nie urazimy?”, „czy nie stracimy popularności?”.

W efekcie wielu duchownych zaczyna mówić językiem bardziej przypominającym psychologię społeczną niż Ewangelię. Kazania stają się ogólnymi refleksjami o akceptacji, emocjach i dobrym samopoczuciu, podczas gdy znika z nich wezwanie do nawrócenia, walki duchowej i świętości. A przecież chrześcijaństwo bez wezwania do nawrócenia bardzo szybko staje się religią bez krzyża.

I być może właśnie tutaj znajduje się odpowiedź na pytanie, co naprawdę rozbija dziś Kościół od środka. Nie tylko grzech ludzi Kościoła, choć on również jest dramatem. Nie tylko skandale czy słabości duchownych. Największym problemem staje się stopniowa utrata odwagi do głoszenia pełnej prawdy katolickiej bez kompromisów wobec ducha świata.

Bo Kościół nie rozpada się najpierw wtedy, gdy świat go atakuje. Kościół zaczyna się rozpadać wtedy, gdy sam zaczyna patrzeć na siebie oczami świata.

pakjp pakjp pakjp pakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp katakjp