Uniwersytet pod kontrolą? O ministerialnym pakiecie i zmianie, która może zostać na pokolenia

Nie każda zmiana w prawie wywołuje natychmiastowe poruszenie. Niektóre wchodzą do debaty publicznej w tonie spokojnym, technicznym, niemal administracyjnym, a jednak z czasem okazują się mieć znaczenie znacznie większe, niż sugerowałby ich początkowy opis. Tak właśnie wygląda sprawa pierwszej części ministerialnego pakietu antydyskryminacyjnego dla uczelni i instytutów. Na poziomie deklaracji trudno się z nim spierać – nikt rozsądny nie broni dyskryminacji ani mobbingu. Problem zaczyna się wtedy, gdy spojrzy się na mechanikę proponowanych rozwiązań oraz na ich długofalowe konsekwencje dla autonomii akademickiej.

Pakiet nie ogranicza się do wzmocnienia istniejących narzędzi prawnych. Nie jest prostą korektą przepisów, które już dziś umożliwiają ochronę osób pokrzywdzonych. Jest próbą przebudowy architektury funkcjonowania uczelni. Pojawiają się w nim parytety płciowe w organach akademickich, obowiązek stosowania „języka niedyskryminującego”, wpisanie feminatywów do dokumentów, konieczność tworzenia planów równości, uchwalania kodeksów etyki, powoływania rzeczników, wdrażania systemowych szkoleń oraz monitorowania relacji w środowisku akademickim. To nie są pojedyncze poprawki. To jest cała logika instytucjonalna.

Szczególnie wyraźnie widać ją w propozycji wprowadzenia parytetu co najmniej 30% przedstawicieli każdej płci w organach uczelni. Dotykamy tu fundamentu, na którym od wieków opierała się idea uniwersytetu: meritokracji. Przekonania, że wpływ i odpowiedzialność w świecie nauki wynikają z dorobku, kompetencji, uznania środowiska i zdolności do prowadzenia badań oraz kształcenia. W momencie, gdy ustawodawca zaczyna narzucać z góry określony wynik demograficzny, przesuwa punkt ciężkości z pytania „kto jest najlepiej przygotowany do tej roli?” na pytanie „czy struktura spełnia wymagany wskaźnik?”. To subtelna, ale zasadnicza zmiana. Równość reguł — jednakowe kryteria dla wszystkich — ustępuje miejsca równości rezultatu, który ma być osiągnięty niezależnie od naturalnych różnic w wyborach, specjalizacjach i aspiracjach.

Friedrich Hayek ostrzegał, że państwo zaczyna przekraczać granice wolności w momencie, gdy prawo przestaje być ogólną regułą gry, a staje się narzędziem do osiągania z góry określonych celów społecznych. Wówczas musi pojawić się aparat kontroli, który będzie pilnował, czy pożądany rezultat został osiągnięty. Im bardziej abstrakcyjna wizja równości, tym silniejsze państwo nad jednostką i instytucją. W tym sensie parytety nie są wyłącznie korektą strukturalną. Są elementem szerszego sposobu myślenia o tym, że instytucje należy projektować tak, aby odzwierciedlały określony model społeczny.

Drugim istotnym obszarem jest język. Wprowadzenie do dokumentów uczelnianych i do ustawy obowiązku stosowania „języka niedyskryminującego” oraz feminatywów oznacza, że prawo zaczyna regulować nie tylko działania, ale i formę wypowiedzi. Oczywiście język naturalnie ewoluuje. Zmienia się wraz z kulturą, wraz z wrażliwością społeczną, wraz z doświadczeniem pokoleń. Problem pojawia się wtedy, gdy jego kształt przestaje być efektem debaty i staje się przedmiotem normy prawnej. George Orwell zwracał uwagę, że kontrola nad językiem jest jednym z najsubtelniejszych narzędzi wpływu na sposób myślenia. Pierre Bourdieu pisał o władzy symbolicznej, która polega na ustalaniu tego, co uchodzi za poprawne, dopuszczalne, godne uznania. Gdy państwo zaczyna sankcjonować określoną formę mowy jako obowiązującą, wkracza na pole, które dotąd było przestrzenią sporu i wolności.

Kolejnym elementem pakietu jest rozbudowa struktur administracyjnych: kodeksy etyki, plany równości, rzecznicy akademiccy, rzecznicy praw studenta i doktoranta, systemowe szkolenia, procedury zgłoszeń i monitorowania. W założeniu mają one tworzyć bezpieczniejsze środowisko pracy i nauki. W praktyce oznaczają kolejne warstwy biurokracji, nowe obowiązki sprawozdawcze, kolejne regulaminy. Max Weber opisywał nowoczesne instytucje jako uwięzione w „żelaznej klatce” procedur, w której formalizm stopniowo wypiera pierwotny etos działania. Im więcej mechanizmów kontrolnych, tym większa rola tych, którzy je interpretują i egzekwują. Władza przesuwa się z profesorów i środowisk naukowych ku strukturom administracyjnym.

W uzasadnieniach reform pojawia się również kategoria „dobrostanu”. Sama w sobie brzmi pozytywnie. Kto mógłby sprzeciwiać się trosce o zdrowie psychiczne studentów i pracowników? Jednak dobrostan jest pojęciem szerokim i nieostrym. Może oznaczać realne wsparcie w kryzysach, ale może też stać się podstawą do wprowadzania rozbudowanych programów szkoleniowych, redefiniowania norm zachowania, ograniczania debaty w imię ochrony przed dyskomfortem. Frank Furedi pisał o kulturze terapeutycznej, w której instytucje zaczynają traktować jednostki przede wszystkim jako kruche i wymagające ochrony przed stresem. Jonathan Haidt i Greg Lukianoff wskazywali, że nadmierna koncentracja na bezpieczeństwie emocjonalnym może prowadzić do osłabienia odporności na spór intelektualny. Uniwersytet przestaje wówczas być miejscem, gdzie ćwiczy się argumentację i zdolność konfrontacji z odmiennymi poglądami, a staje się przestrzenią zarządzania wrażliwością.

Najbardziej dalekosiężny wymiar proponowanych zmian nie dotyczy jednak pojedynczych zapisów, lecz kultury instytucji. Prawo ma bowiem tę właściwość, że z czasem staje się nawykiem. Formularze, regulaminy i procedury kształtują codzienność szybciej niż debaty ideowe. Jeżeli przez lata promuje się określone standardy reprezentacji, sankcjonuje określony język, uzależnia oceny instytucji od realizacji planów równości i zobowiązuje do uczestnictwa w szkoleniach opartych na jednej wizji społecznej, uniwersytet może stopniowo przekształcić się z przestrzeni pluralizmu w przestrzeń zarządzania postawami.

Nie chodzi o negowanie realnych problemów ani o obronę patologii. Chodzi o proporcje i o hierarchię celów. Czy uniwersytet ma być przede wszystkim wspólnotą badaczy i studentów, której fundamentem jest wolność myślenia i odpowiedzialność za słowo? Czy ma stać się instytucją coraz bardziej przypominającą urząd, w którym kluczowe znaczenie mają wskaźniki, standardy i procedury zgodności?

To pytanie wykracza poza bieżący spór polityczny. Dotyczy tego, w jakim modelu będą funkcjonować uczelnie za dziesięć czy dwadzieścia lat. Czy będą przestrzenią odwagi intelektualnej, w której można stawiać trudne pytania i prowadzić spór bez lęku przed uruchomieniem procedury? Czy też miejscem, w którym najważniejsze stanie się domknięcie wskaźników i zachowanie zgodności z odgórnie ustalonymi ramami?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko przyszłość uniwersytetu, lecz także jakość debaty publicznej i kształt elit, które z tych uczelni wyjdą. Dlatego warto przyglądać się tym zmianom nie przez pryzmat haseł, lecz przez pryzmat mechanizmów, które wprowadzają. Bo to właśnie mechanizmy, a nie deklaracje, decydują o tym, jak będzie wyglądać rzeczywistość.