Płacisz. Co miesiąc. Bez wyjątku. Niezależnie od tego, czy właśnie miałeś gorszy kwartał, czy dopiero rozkręcasz działalność, czy Twoja firma ledwo łapie oddech. Dziewięć procent dochodu na skali podatkowej. Cztery przecinek dziewięć procent na liniowym. Minimum ponad osiemset trzydzieści złotych miesięcznie dla przedsiębiorcy – nawet jeśli realny zysk bywa symboliczny. Przy etacie – dziewięć procent podstawy. Bez realnego odliczenia. Bez negocjacji. Bez taryfy ulgowej.
To są konkretne pieniądze. Rocznie to tysiące złotych. W przypadku przedsiębiorcy – często kilkanaście tysięcy. W przypadku pracownika – znacząca część wypracowanego dochodu, który znika zanim trafi na konto. Państwo nie pyta, czy jesteś zadowolony z jakości usług. Nie pyta, czy masz dostęp do lekarza. Nie pyta, czy Twoja przychodnia odbiera telefon. Składka ma być zapłacona. Terminowo. Co do grosza.
Tu system działa perfekcyjnie.
A teraz druga strona tej samej rzeczywistości.
Osoba starsza. Niepełnosprawna. Problemy z poruszaniem się. Problemy ze słuchem. Problemy ze wzrokiem. Nie jest w pełni samodzielna. Nie obsługuje sprawnie aplikacji. Nie przeczyta małego druku na ekranie. Każde połączenie telefoniczne to wysiłek. Każda próba trafienia w zieloną słuchawkę to koncentracja.
Trzy godziny spędzone przy próbie połączenia się z przychodnią. Trzy godziny komunikatów: „Jesteś trzydziesty w kolejce”. Potem dwudziesty. Dziesiąty. Siódmy. Trzeci. „Od półtorej godziny jesteś następny”. Dwie godziny czterdzieści dwie minuty. I cisza. Rozłączenie. Koniec. Zaczynasz od nowa.
Dla młodego, zdrowego człowieka to irytacja. Dla seniora z ograniczeniami – mur. Mur, którego sam nie przeskoczy.
I co dalej? Po tych trzech godzinach bezskutecznej próby trzeba wsiąść w samochód i jechać piętnaście kilometrów do przychodni, żeby osobiście zarejestrować osobę niepełnosprawną. Piętnaście kilometrów w jedną stronę. Czas. Paliwo. Organizacja. Wysiłek. Bo telefonicznie się nie dało.
I wtedy pojawia się pytanie, które nie daje spokoju: za co właściwie płacimy?
Bo przecież to nie jest tak, że składka jest symboliczna. To nie jest kilka złotych na fundusz solidarnościowy. To realny procent dochodu. To obowiązkowe obciążenie, którego nie możesz uniknąć. Płacisz, nawet jeśli przez lata nie korzystasz z systemu. Płacisz, nawet jeśli i tak chodzisz prywatnie.
A prywatnie chodzisz coraz częściej.
Bo kiedy po trzech godzinach na linii słyszysz ciszę, a termin u specjalisty w ramach NFZ jest za pół roku, zaczynasz liczyć. Dwustu złotych za wizytę. Trzystu. Czterystu. Kolejne badania – kilkaset złotych. Rezonans – ponad tysiąc. Konsultacja specjalistyczna – następne kilkaset. Płacisz drugi raz. Z własnej kieszeni. Szybko. Sprawnie. Bez trzech godzin na linii.
W praktyce wygląda to tak: najpierw obowiązkowa składka. Potem prywatna wizyta. System publiczny jest jak polisa, z której trudno realnie skorzystać wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebujesz.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego – poczucie bezradności.
Starszy człowiek nie napisze skargi do ministerstwa. Nie pójdzie do mediów. Nie nagra filmu, który stanie się wiralem. On po prostu czeka. Z bólem. Z lękiem. Z poczuciem, że może przesadza. Że może tak musi być. Że system jest przeciążony.
Ale system nie jest przeciążony, kiedy trzeba ściągnąć składkę. Tu nie ma kolejki. Tu nie ma komunikatu: „Jesteś trzydziesty w kolejce do zapłaty”. Tu nie ma rozłączenia po dwóch godzinach. Państwo działa sprawnie, gdy chodzi o pieniądze.
A gdy chodzi o człowieka?
System ochrony zdrowia powinien być najbardziej wrażliwą częścią państwa. Powinien być tarczą dla najsłabszych. Tymczasem coraz częściej sprawia wrażenie struktury, która doskonale radzi sobie z księgowością, a coraz gorzej z realnym dostępem do lekarza.
Jeśli składka jest obowiązkowa, dostęp nie może być fikcją. Jeśli procent jest nieubłagany, kontakt z przychodnią nie może być loterią. Jeżeli państwo wymaga solidarności finansowej, musi zapewnić minimalny standard dostępności – zwłaszcza dla osób niepełnosprawnych i seniorów.
Bo to właśnie oni są papierkiem lakmusowym systemu.
Nie młody, zdrowy, cyfrowo sprawny trzydziestolatek. Tylko starsza osoba, która ma problem ze słuchem, wzrokiem i poruszaniem się. Jeśli ona nie jest w stanie zarejestrować się do lekarza bez trzygodzinnej walki i piętnastokilometrowej podróży, to znaczy, że system nie działa tak, jak powinien.
Można mówić o reformach. O cyfryzacji. O nowych programach. Ale dopóki realny pacjent spędza niemal trzy godziny na linii i słyszy w słuchawce ciszę, dopóty wszystkie deklaracje brzmią jak puste hasła. Bo dwie godziny czterdzieści dwie minuty to nie statystyka. To konkretne życie. Konkretny senior. Konkretny ból. Konkretne zmęczenie.
I bardzo konkretne pytanie: czy Narodowy Fundusz Zdrowia jest dziś bliżej pacjenta, czy tylko jego portfela?