We wrześniu światowe media obiegły nagłówki, które miały wyglądać jak wielki triumf. CNN ogłaszało, że historyczna pielgrzymka LGBT do Rzymu dała sygnał, iż po Franciszku, a teraz za Leona XIV, drzwi Kościoła są otwarte dla katolików LGBTQ. BBC wtórowało, że do Watykanu przybyła historyczna pielgrzymka katolików LGBT. Polsat News rozpisywał się o wyzwoleniu uciśnionych, Wyborcza pytała, czy Leon XIV pójdzie drogą Franciszka, a WP.pl opisywało z entuzjazmem scenę wejścia z tęczowym krzyżem do bazyliki św. Piotra. Wszystko brzmiało jak fanfary, jakby Kościół ogłosił nową epokę, jakby Rok Jubileuszowy został zamieniony w manifest emancypacji. Ale cała ta narracja nie miała fundamentu w rzeczywistości. Bo papież nie powiedział ani jednego słowa. Wszystko opierało się na interpretacjach jednego jezuity, ojca Jamesa Martina SJ, który spotkał się z Leonem XIV i natychmiast w mediach społecznościowych zbudował opowieść o „pogodnym, odprężonym i radosnym papieżu”. Nie cytował nauki, nie przypominał doktryny, nie mówił o Chrystusie ani o sakramentach. Opowiadał o wrażeniach, o emocjach, o tym, że przebywanie z papieżem to radość. I właśnie na tych uczuciach, na tej psychologii chwili, światowe media zbudowały swoją narrację. Papież milczał, jezuita mówił, a gadatliwość Martina stała się fundamentem dla globalnych nagłówków. To jest mechanizm naszych czasów: ciszę zastępuje interpretacja, brak nauczania wypełnia emocjonalna paplanina, a prawda zostaje przykryta opowieścią o tym, kto jak się czuł.
Jeszcze mocniej ten kontrast widać, gdy spojrzymy na homilię bp. Francesco Savino, wiceprzewodniczącego Episkopatu Włoch, który w kościele Il Gesù odprawił Mszę świętą dla uczestników tej pielgrzymki. Jego słowa mogłyby trafić do rezolucji ONZ, ale nie do katechizmu. Mówił o wyzwoleniu uciśnionych, o przywracaniu godności, o emancypacji. Ani słowa o Chrystusie. Ani słowa o grzechu, pokucie, nawróceniu, odpuszczeniu win. Jubileusz, który w Piśmie Świętym oznacza powrót do Boga i darowanie grzechów, został zamieniony w manifest polityczny. Kazanie zakończyły oklaski – jakby nie była to homilia, lecz wiec. To była mowa działacza, nie pasterza. Jubileusz został oderwany od swojego sensu i sprowadzony do języka rewolucji społecznej.
Ale prawdziwy obraz tego wydarzenia najlepiej pokazują same prowokacje. Przed wejściem do bazyliki św. Piotra niesiono krzyż pomalowany w tęczowe barwy, zamiast krzyża jubileuszowego. Niektórzy uczestnicy mieli plecaki z hasłem „frottere le regole” – czyli po prostu: „pieprzyć zasady”. Inni wykonywali obsceniczne gesty, obnażali się, zachowywali w sposób, który był jawną drwiną z sacrum. To nie była pielgrzymka wiary. To był happening. To była agresja symboliczna, której celem było upokorzenie katolików i sprowadzenie świętości do poziomu prowokacyjnego show. I nikt nie reagował. Ani służby porządkowe, ani organizatorzy. Wszystko zostało przepuszczone, jakby było częścią „jubileuszu”.
I w tym wszystkim rozległ się głos odwagi. Biskup Athanasius Schneider powiedział jasno, że dopuszczenie takich publicznych Mszy i przejścia przez Drzwi Święte to uderzająca sprzeczność między oficjalnym nauczaniem a praktyką Kościoła. Nazwał to profanacją i drwiną z Boga. To są słowa, które padają rzadko, ale kiedy padają, mają ciężar prawdy. To jest głos biskupa, który nie boi się powiedzieć tego, czego inni boją się nawet pomyśleć.
Najciekawsze jest jednak to, co działo się później w mediach. Najpierw była euforia. CNN, BBC, Polsat, Wyborcza, WP – wszyscy powtarzali narrację o historycznym przełomie. Ale gdy okazało się, że papież nie powiedział ani jednego słowa, przyszła frustracja. Lewicowa dziennikarka Mandalina di Biase pisała z wściekłością, że Leon XIV nie powitał ich, nie powiedział ani słowa, że procesja została zaaprobowana, ale nie nazwana, istniejąca, ale niewidzialna. I dorzuciła, że to gest makiaweliczny w przebraniu miłosierdzia. To pokazuje całą prawdę – ich narracja potrzebuje papieskiego słowa, potwierdzenia, choćby cienia gestu. A kiedy papież milczy, cała konstrukcja rozpada się jak domek z kart. Bo milczenie jest jasne. Milczenie oznacza brak aprobaty. Milczenie demaskuje propagandę.
Dlatego francuski portal Tribune Chrétienne napisał, że milczenie, które wybrał papież, przypomina rozsądną postawę Kościoła wobec wydarzenia, które nie ma żadnej wartości. I to jest sedno. Bo papież nie pobłogosławił, nie nazwał, nie uznał. Nie zrobił nic, co dawałoby legitymację. Milczenie było jego świadectwem. I to świadectwo mówi więcej niż tysiąc słów. Wbrew CNN i BBC, wbrew instagramowym opowieściom o „pogodnym papieżu”, wbrew homiliom pełnym pustych sloganów, wbrew hasłom „pieprzyć zasady” niesionym w procesji – najgłośniejszym głosem, który wybrzmiał w Rzymie, była cisza papieża Leona XIV. Cisza, która była mocniejsza niż krzyk tęczowej propagandy. Cisza, która zatrzymała całą falę nadinterpretacji. Cisza, która w świecie hałasu staje się świadectwem prawdy.