Stając naprzeciw Krzyżaków

Piętnasty lipca, roku dwa tysiące dwudziestego piątego. Rocznica Grunwaldu. Symbol zwycięstwa. Symbol polskiej siły i cywilizacji. Ale dziś nie walczymy już mieczem. Dziś walczymy o prawdę, pamięć i godność. Bo wróg znów nadciąga – cicho, uśmiechnięty, z dotacją w ręce i napisem “Kaiserbrücke” na tabliczce.

Wrocław. Miasto-symbol. Miasto, które miało być ostoją polskości na Ziemiach Odzyskanych. Tymczasem coś zaczęło zgrzytać. Oto na Moście Grunwaldzkim – nazwanym tak, by pamiętać o zwycięstwie nad Niemcami – przywraca się niemiecki napis „Kaiserbrücke”. Oficjalnie? „Konserwacja historycznych detali”. Nieoficjalnie? Zmiana mentalności. Od detalu do dekretu.

I nie jest to odosobniony przypadek. Z Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego znika godło Polski. W jego miejscu – portret Fryderyka II, tego samego, który odebrał nam Śląsk. Wróciła Hala Stulecia. Nazwy ulic coraz częściej oddają hołd niemieckim urzędnikom. To nie konserwacja – to renesans pruskiego ducha.

Tam, gdzie dziś widzimy dekoracje – one widziały przemoc. Władza z zaborem w tle zawsze działa przez symbole: język, sztukę, nazwy mostów. Pamiętajmy o dzieciach z Wrześni, które odmówiły modlitwy po niemiecku. Za to były bite, zamykane i upokarzane. Ich opór to legendarny przykład walki z niemiecką próbą wyrugowania polskiej duszy i mowy.

Prof. Bogusław Wolniewicz powiedział jasno:

“Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą Wrocławia. Oni nie uważają nas za naród równorzędny – tylko za podnajemcę historii.” “Jeśli przestaniemy się bronić – wrócą. Nie czołgami. Wracają ideą. Wracają przez media, fundacje, restauracje pamięci.”

Dziś w tej samej przestrzeni akademickiej, która jeszcze niedawno była bastionem polskiej myśli, pojawia się duch polityki pruskiej. Duch, który nie potrzebuje już karabinów. Potrzebuje naszego milczenia. A milczenie, jak wiadomo, bywa zgodą.

Szczecin. Niemiecka korweta FGS Braunschweig (F260) przy nabrzeżu w centrum miasta. Niemiecki mundur na polskiej ziemi. Jednocześnie – podrzucanie uchodźców przez granicę. Z naruszeniem umów, wbrew procedurom. To nie przypadek – to strategia. Pod pozorem „współpracy” rozgrywa się powolna operacja przesuwania granic – nie geograficznych, lecz moralnych, symbolicznych i kulturowych.

Gdańsk. Wystawa, która sugeruje, że Polska nie była ofiarą historii, lecz współsprawcą. Eksponaty i narracja zacierają granicę między napastnikiem a napadniętym. Zmieniają opowieść. Zmieniają język. A jak mawiał Orwell: „Kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje przyszłość.”

Śląsk. W Parlamencie Europejskim niemiecka europosłanka Irmhild Boßdorf (AfD) żąda promowania języka niemieckiego na Śląsku. Jej wtóruje Łukasz Kohut. Padają liczby: 600 tys. Ślązaków, 200 tys. niemieckojęzycznych. Ale to nie język – to polityczny wehikuł. Przyczółek do autonomii.

A teraz uważajcie:

5 maja 2025 roku, w Holandii, premier Donald Tusk mówi o:
„Polskim ataku na polską bazę wojskową na Westerplatte.”

Nie przejęzyczenie. To odsłonięcie sposobu myślenia. Jakby Westerplatte nie istniało. Jakby Niemcy nie napadły. Jakby Polacy strzelali pierwsi.

I nie zapominajmy, że ten sam człowiek napisał w 1987 roku:

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością…” „Gdzie inni mówią cywilizacja i pieniądz – ja krzyczę: Bóg, Honor, Ojczyzna.” „Kiedy inni budują i kochają – my walczymy, powstajemy i giniemy.”

To nie był esej. To był manifest. I dziś realizowany jest z przerażającą precyzją – przez przemilczenia, korekty podręczników, język ministerialny i medialne eufemizmy.

Media? W Niemczech zagraniczny kapitał w mediach to maksymalnie kilka procent. W Polsce? Niemiecki kapitał w gazetach, portalach, tygodnikach, telewizji. To nie pluralizm – to kolonizacja informacyjna. Codziennie polski odbiorca karmiony jest treściami, które reinterpretują historię, oswajają kapitulację i rozbrajają ducha narodowego.

A minister edukacji? Mówi o “polskich nazistach”, którzy rzekomo budowali obozy śmierci. To nie błąd. To wewnętrzne przekonanie, że należy przedefiniować historię. I zamienić ofiarę w kata. To samo, co chciały osiągnąć propagandowe ośrodki RFN po wojnie, tworząc określenie “polskie obozy koncentracyjne” – by Niemcy utracili swoją winę, a Polska zyskała fałszywe współsprawstwo.

sDziś, piętnastego lipca, nie możemy milczeć. Bo to nie jest tylko rocznica Grunwaldu. To alarm. Bitwa, która trwa. Tylko dziś nie z mieczem i zbroją. Dziś z kamerą, dekretami, mikrofonem i tabliczką z napisem “Kaiserbrücke”.

„Oto jest ten, który jeszcze dziś rano mniemał się być wyższym nad wszystkie mocarze świata.”
– Henryk Sienkiewicz

Nie dajmy się uśpić. Nie pozwólmy, by kolejne pokolenia musiały znowu wyzwalać to, co dziś oddajemy bez walki.

📌 Polskość to nie nienormalność. Polskość to pamięć. Polskość to Grunwald.

Apendyks

„Polak rozłamany” („Polskość jako zadany temat…”) z magazynu Znak nr 390–391 (listopad–grudzień 1987)
Polskość jako zadany temat…Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu — pustka. Tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie. Majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski.
Zwycięstwa?

Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami?
Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń?

„Polskość to nienormalność” — takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu.
Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze — wszystko to wrzuciło na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię. (Nie chcę, mimo wszystko?)
Wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić.

Więc staję się nienormalny. Wypełniony do granic polskością.
Tam, gdzie inni mówią „człowiek” — ja mówię „Polak”; gdzie mówią „kultura”, „cywilizacja” i „pieniądz” — ja krzyczę „Bóg, Honor, Ojczyzna” (wszystko koniecznie wielką literą).
Kiedy inni budują, kochają się i umierają — my walczymy, powstajemy i giniemy.
I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej. Czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza. Stajemy się normalniejsi.

Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości — między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją.
Jest ona etosem pechowców. Etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną.
Wolność jest w nim wartością najwyższą — i dlatego tak łatwo porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem.
Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów.
Piękniejsza od Polski — jest ucieczką od Polski tej na ziemi: konkretnej, przegranej, brudnej i biednej.
I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu.
Sama jest mitem.

Tak — polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej.

„Czym jest nasze życie?” — pisał Andrzej Bobkowski w Szkicach piórkiem (ile w nich trafnych uwag o polskości!).
„Nawijaniem na kawałek tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą.
Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka?
Gdzie odnaleźć ślad prababki?
Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl?
Do niczego — do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi.
Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągle podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty?
To nie jest życie — to ciągła tymczasowość życia motyla, i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada.
Jakim cudem mamy być mrówkami?…”

Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka. Że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli.
Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją — a i te są zmienne.

Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona także przecież dzianiem się — jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość.
I szarpię się między goryczą a wzruszeniem, dumą a zażenowaniem.
Wtedy sądzę — tak po polsku, patetycznie — że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym, świadomym wyborem.

Donald Tusk