Dziś na łamach Naszego Dziennika ukazał się mój wywiad dotyczący najnowszych wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia. WHO opublikowało dokument zatytułowany „Abortion Care Guideline, 2nd edition”, który – pod pozorem troski o zdrowie kobiet – w istocie forsuje aborcję jako integralną część podstawowej opieki zdrowotnej.
Nie chodzi tu o kosmetyczne zmiany w polityce zdrowotnej. To fundamentalna zmiana paradygmatu, której skutków nie można bagatelizować. WHO wprost wymusza na państwach wprowadzenie systemu, w którym aborcja staje się usługą medyczną dostępną „na życzenie” – bez zgody ojca dziecka, bez wiedzy rodziców w przypadku nieletnich, bez refleksji, bez ograniczeń prawnych, a nawet bez kontaktu z lekarzem.
Nowe wytyczne idą jeszcze dalej. Znosi się okres na przemyślenie decyzji, który dotąd chronił kobiety przed pochopnym krokiem. Zamiast tego proponuje się uproszczenia, które czynią z aborcji procedurę niemal tak banalną jak wizyta u dentysty. Wprowadza się telemedycynę – kobieta, sama w domu, z pomocą ekranu komputera, miałaby zażyć środki farmakologiczne kończące życie dziecka.
Kolejny element to tzw. task-sharing – przeniesienie wykonywania aborcji z lekarzy na pielęgniarki, położne czy innych pracowników ochrony zdrowia. To nie tylko dewaluacja zawodu lekarza, ale i bezpośrednie zagrożenie dla życia oraz zdrowia kobiet, bo aborcja przestaje być aktem medycznej odpowiedzialności, a staje się technicznym zabiegiem zlecanym byle komu.
Najbardziej dramatycznym zapisem jest jednak możliwość dokonywania aborcji bez wiedzy i zgody najbliższych. Nieletnie matki miałyby prawo do zabicia swojego dziecka bez udziału rodziców czy opiekunów. WHO tłumaczy to „prawami człowieka” i „autonomią decyzji”. Ale w praktyce jest to cios w rodzinę – fundament każdej cywilizacji.
Rodzice mają nie tylko prawo, ale i obowiązek chronić, wspierać i wychowywać swoje dzieci. Odsunięcie ich od decyzji o aborcji to naruszenie naturalnych więzi i odpowiedzialności rodzinnej. To także całkowite wyeliminowanie ojca dziecka z procesu decyzyjnego. Nie można tego usprawiedliwić żadną retoryką „praw reprodukcyjnych”, bo konsekwencje społeczne są dramatyczne: rozbicie zaufania w relacjach, osłabienie rodziny i demontaż mechanizmów wsparcia dla młodych ludzi stojących wobec kryzysu.
WHO – instytucja, która powinna stać na straży zdrowia i życia – staje się promotorem cywilizacji śmierci. W miejsce medycyny pojawia się biurokracja śmierci. W miejsce powołania do obrony życia – zimny technokratyczny zabieg. W miejsce rodziny – samotna kobieta zostawiona sama sobie, odcięta od bliskich, odcięta od wsparcia, odcięta od prawdy.
To, co WHO przedstawia jako „postęp”, w istocie jest dehumanizacją medycyny i degradacją całego społeczeństwa. To próba narzucenia światu systemu, w którym życie ludzkie – od chwili poczęcia – nie ma już żadnej wartości, a śmierć staje się „usługą zdrowotną”.
Mój pełny komentarz znajdziecie w dzisiejszym wydaniu Naszego Dziennika. To nie jest tylko spór o prawo. To jest walka o to, jaką cywilizacją będziemy – cywilizacją życia, czy cywilizacją śmierci.