Mówi się nam dziś z pełną powagą, że żyjemy w świecie wolności słowa, pluralizmu i równości wobec prawa. Że każda religia ma takie same prawa. Że żadna nie jest uprzywilejowana ani dyskryminowana. Że państwo i wielkie platformy cyfrowe są neutralne światopoglądowo. I właśnie dlatego warto spojrzeć na fakty, bo one tę narrację rozbijają w drobny mak.
Nie ma dziś na Zachodzie żadnego generalnego zakazu Koranu. Nie ma zakazu cytowania Talmudu. Nie ma zakazu przywoływania świętych ksiąg hinduizmu czy buddyzmu. Nie ma masowych blokad treści odnoszących się do islamu jako takiego, do judaizmu jako takiego, do ich systemów moralnych, ich języka, ich norm. Tymczasem coraz częściej problemem staje się… Biblia. Konkretnie Biblia chrześcijańska. Konkretnie te jej fragmenty, które nie pasują do obowiązującej ideologii.
To nie jest przypadek. To jest mechanizm.
Władza – zarówno polityczna, jak i kulturowa – nie działa dziś przez jawne zakazy. Ona działa przez selekcję. Przez wybiórcze stosowanie zasad. Przez arbitralne decyzje, które zawsze można wytłumaczyć „polityką platformy”, „bezpieczeństwem użytkowników” albo „ochroną przed mową nienawiści”. Tyle że ta ochrona działa tylko w jedną stronę.
Jeżeli cytujesz Biblię i przywołujesz jej jednoznaczne nauczanie moralne, zwłaszcza w kwestiach związanych z płcią, seksualnością, grzechem czy porządkiem stworzenia, ryzykujesz blokadę, ograniczenie zasięgów albo usunięcie treści. Jeżeli robisz to samo z innymi księgami religijnymi – bardzo często problemu nie ma. I to nie jest opinia. To jest obserwacja oparta na setkach przykładów.
Doświadczyłem tego osobiście. TikTok zablokował moje treści odnoszące się do Biblii, uznając je za niezgodne z polityką platformy i naruszające „zasady społeczności”. Nie nawoływałem do przemocy. Nie obrażałem konkretnych osób. Cytowałem Pismo Święte i komentowałem jego znaczenie. To wystarczyło, żeby algorytm – a za nim moderator – uznał, że to treści problematyczne.
I tu pojawia się pytanie, którego nikt nie chce głośno zadać: dlaczego cytat z Biblii może zostać uznany za naruszenie zasad, a cytaty z Koranu czy Talmudu – nie? Dlaczego jedna religia musi przechodzić przez filtr „wrażliwości”, a inne są z tego filtra w praktyce wyłączone? Jeżeli platformy naprawdę są neutralne, to powinny stosować te same kryteria wobec wszystkich. Skoro tego nie robią, to znaczy, że neutralność jest fikcją.
Problem nie polega na tym, że ktoś broni Koranu czy Talmudu. Problem polega na tym, że Biblia jest traktowana jako zagrożenie, a nie jako jedna z równoprawnych ksiąg religijnych. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo – w przeciwieństwie do wielu innych systemów – wciąż realnie wpływa na sumienie, kulturę i debatę publiczną Zachodu. I to jest niewygodne.
Chrześcijaństwo nie jest dziś atakowane dlatego, że jest „nietolerancyjne”. Jest atakowane dlatego, że odmawia podporządkowania się nowej definicji człowieka. Biblia mówi, że prawda nie zależy od większości. Że moralność nie jest wynikiem głosowania. Że nie wszystko da się zredefiniować decyzją administracyjną. I właśnie dlatego musi zostać uciszona – nie przez otwarty zakaz, ale przez etykietę „mowy nienawiści”.
Mamy więc do czynienia z tolerancją represyjną. Oficjalnie wszystko wolno. W praktyce wolno tylko to, co nie kwestionuje ideologicznych fundamentów. Można krytykować Kościół. Można wyśmiewać chrześcijaństwo. Można oskarżać Biblię o opresyjność. Ale nie wolno jej cytować w sposób, który przypomina, że istnieje obiektywna prawda moralna.
To nie jest równość. To jest selekcja. I dlatego tak groźne jest przyzwyczajanie ludzi do myśli, że blokowanie treści biblijnych to coś normalnego. Że to tylko „regulamin”. Że to tylko „algorytm”. Bo każdy system represyjny zaczyna się od języka. Od zmiany znaczeń. Od oswajania społeczeństwa z myślą, że pewne słowa są „niebezpieczne”.
Nie ma dziś formalnego zakazu Biblii. Ale jest coś gorszego: społeczna i algorytmiczna cenzura, która sprawia, że ludzie sami zaczynają się bać mówić. I dokładnie to widzimy w działaniu wielkich platform. Biblia nie jest zakazana wprost. Jest po prostu systematycznie wypychana z przestrzeni publicznej.
To nie jest walka z nienawiścią. To jest walka z prawdą, która nie chce się dostosować. I dopóki będziemy udawać, że to „przypadek” albo „błąd algorytmu”, dopóty ta selektywna cenzura będzie postępować.
Bo dziś blokuje się cytaty z Biblii. Jutro blokować się będzie całe chrześcijańskie przesłanie. A pojutrze – każdego, kto nie zgodzi się milczeć.