“Wesołych Świąt… ale jakich?” – To zdanie funkcjonuje dziś jak kulturowy automat. Wypowiadane bez namysłu, bez zatrzymania, bez pytania o sens. Brzmi poprawnie, neutralnie, nowocześnie. Nikogo nie drażni. Nikogo nie zmusza do odpowiedzi. I właśnie dlatego staje się jednym z najbardziej wymownych znaków naszych czasów. Bo im częściej mówimy „wesołych świąt”, tym rzadziej potrafimy powiedzieć jakich, czyich i kogo właściwie w tych dniach świętujemy.
Nie chodzi tu o językową drobiazgowość ani o spór o słowa. Chodzi o coś znacznie głębszego: o fakt, że współczesna kultura nauczyła się zachowywać formy, jednocześnie opróżniając je z treści. Święta mogą pozostać. Dekoracje mogą pozostać. Emocje mogą pozostać. Ale sens — rozumiany jako konkretna prawda, która domaga się odpowiedzi — musi zostać wyciszony, rozmyty, zastąpiony czymś ogólnym i bezpiecznym.
Bo ogólność nie stawia granic. Ogólność nie osądza. Ogólność pozwala każdemu wypełnić święta własną treścią — albo nie wypełnić ich niczym. I dokładnie w tym miejscu zaczyna się dramat Bożego Narodzenia w świecie, który coraz bardziej boi się jednoznaczności. Boże Narodzenie nie było od początku „świętem zimowym”, „czasem dobroci” ani „przestrzenią wspólnoty”. Było wydarzeniem radykalnym, które mówiło coś absolutnie nieakceptowalnego dla każdej epoki, w której człowiek chciał sam siebie postawić w centrum: że Bóg stał się człowiekiem. Nie jako metafora. Nie jako symbol. Nie jako jedna z wielu duchowych narracji. Ale jako fakt, który wszedł w historię i który — jeśli traktować go poważnie — rozsadza wszystkie neutralne konstrukcje świata.
Tymczasem współczesna wrażliwość coraz częściej próbuje zachować święta, jednocześnie amputując ich istotę. Chrystus jako inspirująca postać — jeszcze do przyjęcia. Chrystus jako „jeden z wielu” — tolerowany. Chrystus jako Jedyny, który ma prawo mówić prawdę o człowieku, jego naturze, godności i przeznaczeniu — to już zaczyna przeszkadzać. Dlatego zmienia się język. Dlatego usuwa się konkret. Dlatego prawdę zastępuje się nastrojem.
Święta bez Boga są łatwe. Święta bez prawdy są bezpieczne. Święta bez treści są wygodne — bo nie domagają się decyzji. Warto przypomnieć, że chrześcijaństwo nigdy nie było wygodne. Nigdy nie było religią, która przyszła po to, by człowiek poczuł się lepiej w świecie takim, jaki jest. Przyszło po to, by powiedzieć, że świat nie jest ostateczny, że człowiek nie jest samowystarczalny i że sens nie rodzi się z emocji, lecz z prawdy, która przychodzi z zewnątrz, nie pytając o zgodę.
Dlatego pytanie „Wesołych Świąt… ale jakich?” nie jest prowokacją ani tanią polemiką. Jest pytaniem o uczciwość. O to, czy mamy jeszcze odwagę przyznać, że Boże Narodzenie jest czymś więcej niż kulturową dekoracją. Czy potrafimy powiedzieć wprost, że świętujemy narodzenie Boga, a nie tylko „czas wolny”, „atmosferę” czy „chwilę oddechu od sporów”.
Bo jeśli z Bożego Narodzenia usuniemy Boga, zostanie nam rytuał, który świat bardzo chętnie zachowa. Rytuał, który nikogo nie zrani, nikogo nie zakwestionuje, nikogo nie zmusi do refleksji. Tylko że rytuał bez treści nie buduje człowieka. On go uspokaja. A człowiek uśpiony przestaje pytać o sens.
W tym sensie Boże Narodzenie staje się dziś sprawdzianem kondycji naszego myślenia. Albo przyjmujemy je jako wydarzenie, które ma treść i konsekwencje, albo redukujemy je do formy, która ładnie wygląda, ale niczego nie wyjaśnia. Trzeciej drogi nie ma.