To, co napiszę, nie jest opinią. Nie jest komentarzem. Nie jest metaforą. To jest świadectwo, którego nie da się już dłużej odkładać. Bo odkładanie stało się już strategią: strategią milczenia, strategią niewiedzy, strategią ucieczki przed prawdą, która — jak nauczał Fulton Sheen — „zawsze powróci, by upomnieć się o swoje, nawet jeśli cały świat udaje, że jej nie widzi”.
Dziś piszę o prawdzie, którą polskie państwo, polska debata i polskie sumienie próbują przemilczeć. Prawdzie o dzieciach, które istnieją, choć nie mogą o siebie upomnieć. Prawdzie o populacji ludzkiej, która powiększa się poza wzrokiem opinii publicznej. Prawdzie o tysiącach istnień skrytych w metalowych komorach laboratoriów. Prawdzie, którą jako jeden z nielicznych odważył się nazwać redaktor Rafał Stefaniuk z „Naszego Dziennika”.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że jego tekst to jedno z najważniejszych dziennikarskich opracowań ostatnich lat. W czasach, gdy większość mediów unika tematów trudnych, on sięgnął po dane z Ministerstwa Zdrowia, rozebrał je na części i odsłonił coś, co nie mieści się w żaden znany nam schemat. To nie jest publicystyka — to jest raport o stanie polskiej cywilizacji. A może raczej: o jej ukrytym pęknięciu.
Redaktor Stefaniuk zwraca uwagę, że w roku dwa tysiące dwudziestym trzecim (2023) w magazynach klinik in vitro znajdowało się 159 083 ludzkich zarodków, a rok później już 198 609. To liczba, która nie powinna być tylko statystyką — powinna być wstrząsem. Redaktor zwraca uwagę, że w roku dwa tysiące siedemnastym (2017) było ich zaledwie 64 602. W ciągu kilku lat pojawiło się więc więcej niż sto trzydzieści tysięcy (130 000) nowych poczętych istnień, które nigdy nie zostały dopuszczone do światła dziennego.
To nie są dane kliniczne. To jest głos. Głos dzieci, których nikt nie słyszy.
„Trudno przejść obojętnie obok danych Ministerstwa Zdrowia dotyczących procedury in vitro, zwłaszcza w kontekście przechowywania zarodków ludzkich” — pisze red. Stefaniuk.
I to jest pierwsze prorocze zdanie w jego tekście. Bo dziś w Polsce trwa wielka operacja emocjonalnego marketingu — pokazuje się wyłącznie jasną stronę tej historii: szczęśliwe rodziny, spełnione marzenia, spoty reklamowe klinik, kolorowe foldery. Nikt nie mówi o tym, co dzieje się poza kadrem.
A poza kadrem — jak pisze Rafał Stefaniuk — rośnie populacja, której los jest nieznany.
„Istnień, którym nigdy nie będzie dane się urodzić, ani godnie umrzeć”.
To nie jest fraza publicystyczna. To jest diagnoza prorocza, w stylu Leona XIII, który ostrzegał przed epoką, w której człowiek zacznie traktować człowieka jako narzędzie, jako środek, jako materiał. To już nie są słowa papieża sprzed stu lat — to jest rzeczywistość opisana w raporcie dziennikarza w dwa tysiące dwudziestym czwartym roku.
Pan Stefaniuk przytacza świadectwo posła Czesława Hoca:
„Nikt nie wie, co naprawdę dzieje się z zarodkami po latach. Oficjalnie mają zostać wykorzystane. W praktyce wiele wskazuje na to, że część z nich nigdy nie doczeka ani prób implantacji, ani nawet godnego potraktowania. Gdzie trafiają? Jak wygląda ich ostateczny los? Tego nikt nie wie.”
To zdanie powinno wisieć na drzwiach każdego ministerstwa, które dziś mówi o „prawach człowieka”, „prawach reprodukcyjnych”, „tolerancji”, „nowoczesności”. Bo jeśli nowoczesność polega na mrożeniu ludzi w laboratoriach, to nie jest postęp. To jest cofnięcie się do epoki, o której Sheen mówił: „Człowiek zgubił Boga, więc zaczyna gubić samego siebie”.
Ale najważniejsze są kolejne słowa, które redaktor przywołuje z rozmowy z dr Grażyną Rybak. Ten fragment trzeba zacytować w całości, bo on powinien stać się ogólnonarodową debatą:
„Pacjenci, którzy przeszli procedurę in vitro i pozostawili w bankach swoje ‘nadliczbowe’ zarodki, często po latach odbierają telefony z klinik z prośbą o decyzję: odebrać, przenieść, zapłacić za dalsze przechowywanie albo zgodzić się na zniszczenie.”
To jest moment prawdy. Nie laboratoryjnej. Ludzkiej. Bo w tym jednym telefonie zawiera się cały dramat epoki, którą Leon XIII nazwałby „gwałtem na naturze ludzkiej”, a Sheen nazwałby „cywilizacją, która zapomniała o własnym sumieniu”.
Co ma odpowiedzieć człowiek, kiedy słyszy takie pytanie? Co ma zrobić, gdy nagle matematyka laboratoryjna zderza się z odpowiedzialnością moralną, której nikt wcześniej nie opisał? Co ma poczuć rodzic, który nigdy nie dowiedział się, że w magazynie czeka ktoś jeszcze, ktoś, kto nigdy nie dostał swojej kolejki do życia?
I wtedy pada najważniejsze zdanie całego artykułu. Zdanie, które jest jak prorocze wołanie: „Czy jesteśmy świadkami zapowiedzi lawinowego pozbywania się tych poczętych istnień?”
Tak brzmi diagnoza, która w każdym innym obszarze społecznym wywołałaby alarm, specjalną komisję, debatę parlamentarną, raport Rzecznika Praw Dziecka, analizę społeczną, konferencję prasową. Ale tu — cisza. Bo te istnienia nie krzyczą. Nie protestują. Nie wyjdą na ulice. Mogą istnieć tylko w jednej temperaturze: minus 196 stopni.
W tym miejscu trzeba powiedzieć coś brutalnie szczerego.
Polska znalazła się w stanie etycznej schizofrenii.
Z jednej strony tworzy życie technicznie, laboratoryjnie, na zimno, jakby chodziło o produkcję komórek.
Z drugiej — te same środowiska polityczne promują aborcję na życzenie, pastylki wczesnoporonne i narrację, w której życie w łonie matki przestaje być wartością.
Jak to połączyć?
Jak może istnieć system, w którym jednocześnie powołuje się życie i pozwala się je unicestwiać?
Jak można jednocześnie opłacać tworzenie zarodków i finansować ich niszczenie?
To nie jest sprzeczność moralna.
To jest sprzeczność logiczna.
Redaktor Stefaniuk trafia w sedno mówiąc wprost: „To tragedia naszych czasów, że równolegle tworzy się życie w laboratoriach i lekceważąco traktuje to, które już powstało.” Jeśli ktokolwiek szuka zdania, które mogłoby zostać złotą myślą XXI wieku, to właśnie ono. Leon XIII powiedziałby o tym: „Oto świat, który wywrócił naturalny porządek do góry nogami”. Fulton Sheen dodałby: „Kiedy człowiek bierze na siebie rolę Boga, zawsze kończy jako jego karykatura”.
A my? My mamy w Polsce prawie dwieście tysięcy istnień ludzkich, które nie mają swojego miejsca. Nie mają praw. Nie mają nawet pamięci. Są zawieszone w bezczasie, w chłodzie, w niepewności, w ciszy. I jeśli tego nie nazwiemy, ktoś nazwie to za nas — w sposób, którego już nie będziemy mogli cofnąć.
Dlatego trzeba zakończyć jednym zdaniem, które jest ostrzeżeniem i proroctwem zarazem: Naród, który mrozi własne dzieci, zaczyna mrozić własne sumienie. A naród, który zmrozi sumienie — przestaje umieć odróżniać dobro od zła. To nie jest literacka metafora. To jest opis polskiej rzeczywistości roku Pańskiego 2024. I ostatni moment, by ją odmrozić.