To nie był spektakl – Maryja znów na celowniku

Od kilku dni słucham tego samego refrenu: „To tylko grafika”. „To tylko symbolika”. „Nikogo nie chcieliśmy obrazić”. Kiedy słyszę takie tłumaczenia ze strony instytucji publicznej, która doskonale wie, co robi, mam wrażenie, że ktoś traktuje nas jak dzieci pozbawione pamięci, tożsamości i elementarnej inteligencji. Bo dobrze wiemy, że w Olsztynie nie chodziło ani o sztukę, ani o wyrafinowany dyskurs, ani o „odważne” mierzenie się z trudnym tematem. Chodziło o jedno: odpalić prowokację na symbolu, który jest dla Polaków najczulszym nerwem – na wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. I zobaczyć, jak głośno krzyknie jeszcze ten naród, ile w nim zostało wiary, ile wstydu, ile odwagi, ile ducha.

To nie jest teza wyssana z palca. To jest wniosek płynący z całej sekwencji wydarzeń, które od kilku lat powtarzają się jak zły schemat. Najpierw pojawia się „odważna” grafika: tęczowa aureola wokół Matki Bożej w Częstochowie, skandaliczna przeróbka obrazu w Płocku, profanacje w czasie marszów ulicznych, teraz stylizacja plakatu spektaklu „Wszyscy jesteśmy Belén” na ikonografię Jasnogórskiej Pani. Potem mamy falę oburzenia wierzących, oświadczenia, modlitwę wynagradzającą, w końcu jakieś śledztwo lub postępowanie – a w tle zawsze ten sam chichot: „No i co nam zrobicie?”. Zadziwiająca jest konsekwencja tej matrycy. Zadziwiająca – i jednocześnie odsłaniająca prawdę: to nie są przypadkowe wybryki, lecz metodyczne testowanie granic. Granic cierpliwości katolików, granic art. 196 Kodeksu karnego, granic tego, ile można jeszcze wyrwać z chrześcijańskiej tożsamości Polski, zanim ktoś powie: stop.

Kiedy komentowałem tę sprawę w TV Trwam, mówiłem jedno bardzo jasno: nie mamy do czynienia z kolejnym „sporem o sztukę”, tylko z polityczno-kulturowym eksperymentem. Widzieliśmy plakat, który dla każdego, kto kiedykolwiek stanął przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, jest oczywisty w swojej inspiracji. Układ postaci, styl twarzy, charakterystyczny sposób przedstawienia – to nie jest „luźny motyw z tradycji chrześcijańskiej”, to jest wprost wejście w przestrzeń czci, jaką Polacy otaczają Ikonę Jasnogórską. Ten obraz nie jest zwykłym wizerunkiem religijnym, który można dowolnie przestawiać, przyprawiać ideologicznymi komentarzami i sprzedawać jako plakat do spektaklu. To obraz niesiony w czasach zaborów, w czasie okupacji niemieckiej, w okresie sowieckiego zniewolenia. To znak, przy którym klękały pokolenia, które z Maryją na ustach szły do więzień, na Sybir, w nieznane. Uderzyć w ten wizerunek, zwłaszcza w Adwencie, to dotknąć nie tylko religii, ale samego kręgosłupa polskiego doświadczenia.

I w tym momencie pojawia się teatr, który – jak na ironię – nosi imię Stefana Jaracza, człowieka związanego z kulturą, sumieniem, dramatem prawdy. Teatr finansowany z pieniędzy publicznych, który zamiast służyć dobru wspólnemu, zaczyna bawić się w antykulturowy performance. Słyszymy z ust dyrektora, że „grafika nie odwołuje się do żadnego konkretnego wizerunku Maryi”, że „to symbol uniwersalnej kobiety szukającej schronienia, jak Maryja w Betlejem”, że „nie ma zamiaru obrażania uczuć religijnych”. I powiem to tak, jak to widzę: to jest poziom zakłamania, który obraża nie tylko katolików, ale inteligencję każdego dorosłego człowieka. Bo jeśli ktoś próbuje wmówić społeczeństwu, że plakat w oczywisty sposób stylizowany na ikonę jasnogórską „nie odnosi się do żadnego konkretnego wizerunku”, to nie mamy do czynienia z dialogiem, tylko z próbą gaslightingu na skalę publiczną. Ktoś świeci latarką prosto w oczy i mówi: „Ale przecież tu jest ciemno”.

Do tego dochodzi jeszcze jedna warstwa, o której mówiliśmy w mediach i o której trzeba napisać wprost. Ten teatr działa w logice, którą Antonio Gramsci nazwał marszem przez instytucje. Antykultura przejmuje instytucje, które kiedyś miały podnosić człowieka – szkoły, uniwersytety, teatry, media – i zamienia je w narzędzia dekonstrukcji. Zamiast mówić prawdę o człowieku, zamiast bronić dobra, piękna i sprawiedliwości, zaczynają „testować granice”, podważać świętość, żerować na skandalach. Zresztą sam dyrektor przyznał między wierszami coś, co dobrze opisuje tę mentalność: bez prowokacji nikt by o nich nie usłyszał. Bez profanacji Matki Bożej teatr na peryferiach, wydrenowany przez antykulturę, byłby kompletnie niewidoczny. Dopiero kiedy w grafikę wjeżdża Maryja, kiedy w najważniejszy dla Polaków symbol wkleja się ideologiczną narrację o aborcji, nagle budzi się „zainteresowanie opinii publicznej”. Przyznajmy uczciwie: to nie jest wzniosła misja artystyczna. To jest desperacka strategia promocji. A jak nazywa się człowiek, który dla pieniędzy i rozgłosu gotów jest zagrać wszystkim, także tym, co święte? Wszyscy dobrze wiemy. I naprawdę nie trzeba tego słowa wypowiadać, żeby każdy zrozumiał, o jakiej postawie mówimy.

Żeby zobaczyć skalę hipokryzji, wystarczy zadać dyrektorowi jedno proste pytanie: czy odważyłby się zrobić to samo z symbolami islamu albo judaizmu rabinicznego? Czy promując spektakl o prawach kobiet w Iranie czy Afganistanie, użyłby stylizacji na Kaabę, na święte dla muzułmanów elementy ich religii? Czy w spektaklu o przemocy wobec kobiet w ultraortodoksyjnych środowiskach żydowskich posłużyłby się przetworzeniem symboli judaizmu, tak jak bez skrupułów potraktował ikonę Maryi Częstochowskiej? Wszyscy znamy odpowiedź. W przypadku islamu reakcja byłaby błyskawiczna i twarda – i teatr doskonale o tym wie. W przypadku judaizmu zderzyłby się z całym ciężarem instytucjonalnej i medialnej ochrony, szczególnie w kontekście przygotowywanej „Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego w Polsce na lata 2025–2030”, w której przewidziano przecież wytyczne, monitoring i włączanie przedstawicieli mniejszości do rad i ciał doradczych instytucji kultury. Jeden „odważny” plakat mógłby zakończyć się po prostu utratą fotela dyrektora. I dyrektor Jaracza dokładnie to wie. Dlatego nie dotyka islamu. Dlatego nie dotyka judaizmu. Dlatego wybiera katolików. Bo tu – jak mu się wydaje – można bezkarnie. Tu najwyżej ludzie pomodlą się, zaprotestują, napiszą oświadczenie, przypomną art. 196. Może nawet prokuratura wszczynie postępowanie, które po czasie umorzy. Ale żadnych realnych konsekwencji personalnych nie będzie.

Właśnie dlatego ten przypadek mówi nam więcej o stanie polskiej kultury niż niejedna konferencja naukowa. Mamy teatr, który – zamiast być przestrzenią poszukiwania prawdy – działa jak klasyczny produkt antykultury: silny wobec słabych, słaby wobec silnych. Potrafi uderzyć w Maryję, ale nigdy nie odważy się powiedzieć wprost o prawach kobiet w islamie. Potrafi zgrywać wrażliwego na cierpienie jednej Belén, ale milczy w obliczu tysięcy, dziesiątek tysięcy kobiet gwałconych, kamienowanych, sprzedawanych i więzionych przez systemy, które naprawdę są opresyjne. Potrafi snuć opowieści o solidarności „zakorzenionej w chrześcijańskich wartościach”, przy jednoczesnym deptaniu symbolu, który dla chrześcijan – zwłaszcza w Polsce – jest sercem wiary i historii. Nie chodzi więc o prawa kobiet. Gdyby chodziło o prawa kobiet, ten teatr już dawno wystawiałby spektakle o Afganistanie, Iranie, Państwie Islamskim, Jazydkach, dziewczynach z Nigerii czy pakistańskich chrześcijankach znikających bez śladu. Chodzi o pretekst. O paliwo do własnej wojny z chrześcijaństwem. O łatwy materiał do wywołania skandalu.

W tym całym obrazie jest jeszcze jedna warstwa, o której nie wolno zapomnieć: warstwa prawna. Polska nie jest pustynią norm. Mamy art. 196 Kodeksu karnego, który wprost mówi o ochronie uczuć religijnych poprzez zakaz publicznego znieważania przedmiotów czci. Ten przepis jest od lat atakowany jako „nienowoczesny”, „średniowieczny”, „opresyjny”. Tymczasem w sytuacji takiej jak ta odsłania się jego głęboki sens. On nie chroni „instytucji Kościoła” przed krytyką. On chroni konkretnego człowieka – jego sumienie, jego wrażliwość, jego prawo do tego, by symbole, które są dla niego święte, nie były bezkarnie ośmieszane i plugawione w przestrzeni publicznej. Trybunał Konstytucyjny w swoich orzeczeniach niejednokrotnie podkreślał, że państwo ma obowiązek chronić pokój społeczny i tożsamość duchową wspólnoty. A w Polsce tą tożsamością od wieków jest chrześcijaństwo z jego symbolami – na czele z krzyżem i wizerunkiem Matki Bożej.

Wbrew temu, co powtarzają niektórzy, art. 196 nie knebluje dyskusji. On tylko stawia granicę tam, gdzie kończy się debata, a zaczyna przemoc symboliczna. Bo między krytyką Kościoła a przerabianiem Matki Bożej na plakat do ideologicznej produkcji o aborcji jest przepaść. I to właśnie tę przepaść ma zabezpieczyć prawo. Jeśli pozwolimy, by ten przepis został zrelatywizowany lub wyrzucony do kosza, otworzymy drzwi do sytuacji, w której każdy wizerunek święty stanie się materiałem do dowolnych przeróbek, obscenicznych instalacji, pornograficznych kolaży i „śmiałych manifestów”. To nie będzie wolność artystyczna. To będzie barbarzyństwo, które zawsze zaczyna się od plucia w twarz temu, co dla narodu najważniejsze. W naszej historii już był czas, kiedy próbowano systemowo walczyć z krzyżem, wyrzucać religię z przestrzeni publicznej, ośmieszać wiarę jako „opium dla ludu”. Dziś robi się to w bardziej wyrafinowanej, „postępowej” formie – przez plakaty, spektakle, akcje performatywne. Cel jest ten sam: rozbroić sacrum.

Kiedy mówię o tym w mediach, kiedy komentuję to w Radiu Maryja, w TV Trwam, kiedy rozmawiam z ludźmi po Mszach, pielgrzymkach i spotkaniach, widzę jedno: Polacy zaczynają rozumieć, że to nie jest seria przypadkowych incydentów, tylko wojna nerwów. Najpierw była tęczowa Matka Boża w Częstochowie i Płocku, potem kolejne profanacje, teraz Olsztyn. Za każdym razem mechanizm jest podobny: najpierw cios w świętość, potem pełen hipokryzji uśmiech i tłumaczenie, że „to tylko forma”, że „to tylko interpretacja”, że „nikt nie chciał nikogo obrazić”. A kiedy katolicy mówią „dość”, natychmiast pojawia się narracja o rzekomej „cenzurze”, „fundamentalizmie” i „zamachu na wolność sztuki”. Tymczasem prawda jest znacznie prostsza: jeśli ktoś nie potrafi mówić o dramacie kobiet inaczej, jak tylko przez profanację Matki Bożej, to nie jest odważnym artystą, tylko ideologicznym funkcjonariuszem. Jeśli teatr bez prowokacji religijnej nie umie być słyszalny ani widzialny, to nie jest świątynią kultury, tylko wydziałem propagandy antykultury.

Na koniec zostaje pytanie, które w tle tej historii brzmi szczególnie mocno: dla kogo pracuje taki dyrektor? Jakim wartościom służy? Gdzie jest jego system odniesienia? Bo kiedy widzę, że potrafi stać prosto i mówić o „szacunku do wrażliwości religijnej”, jednocześnie podpisując się pod plakatem uderzającym w ikonę Maryi w Adwencie, to wiem jedno: tu nie ma mowy o przypadkowym zagubieniu. Tu mamy do czynienia z człowiekiem, który doskonale wie, co robi. Wie, że katolików można bezkarnie sprowokować. Wie, że islamu nie dotknie, bo konsekwencje byłyby natychmiastowe. Wie, że judaizmu rabinicznego nie ruszy, bo w ramach strategii ochrony życia żydowskiego znalazłby się błyskawicznie pod ostrzałem. Wie, że jedynym „bezpiecznym” obiektem do bicia pozostaje chrześcijaństwo. I wybiera. Świadomie. A człowiek, który wszystko przelicza na korzyść, rozgłos, grant, nagrodę czy nominację, nie jest wolnym twórcą. Jest po prostu najemnikiem.

Dlatego właśnie ta sprawa nie może zostać zamieciona pod dywan. Nie chodzi o to, żeby zakazać jakiejkolwiek dyskusji, nie chodzi o to, by teatr zamknąć na kłódkę. Chodzi o to, by jasno powiedzieć: są granice, których przekraczać nie wolno. Są symbole, których nie wolno traktować jak rekwizyt marketingowy. Jest historia, której nie wolno bezcześcić w imię tanich oklasków. I jest prawo – w tym art. 196 Kodeksu karnego – które, choć tak nielubiane przez środowiska antyklerykalne, w takich momentach okazuje się ostatnią tamą przed totalnym zdziczeniem przestrzeni publicznej. Jeśli dziś, w czasie Adwentu, w obliczu profanacji wizerunku Matki Bożej, nie potrafimy stanąć po stronie sacrum, to jutro obudzimy się w kraju, w którym wszystko jest do wzięcia, wszystko do przeróbki, wszystko do ośmieszenia – z człowiekiem włącznie.

Piszę to nie z pozycji człowieka obrażonego na świat, ale człowieka, który ma obowiązek nazwać po imieniu to, co widzi. Widzę teatr, który zamiast służyć prawdzie, stał się narzędziem antykultury. Widzę dyrektora, który udaje neutralnego mediatora, a faktycznie gra po jednej, bardzo konkretnej stronie sporu cywilizacyjnego. Widzę kolejną próbę wbicia noża w serce polskiej tożsamości – w Maryję, która dla tego narodu była zawsze tarczą, pocieszeniem, drogowskazem. I widzę też coś jeszcze: ludzi modlących się przed Jej obrazem, ludzi podpisujących petycje, ludzi protestujących nie agresją, tylko obecnością, słowem i modlitwą. W tym zderzeniu między teatrem a sanktuarium jestem spokojny o wynik. Bo prędzej czy później wszystkie te antykulturowe fajerwerki przeminą, a Jasna Góra zostanie. Narody, które śmieją się ze swoich świętych, znikają z mapy historii. Narody, które ich bronią, trwają. I o tym w gruncie rzeczy jest ta cała historia z plakatem w Olsztynie – o tym, czy chcemy być narodem, który umie stanąć w obronie swojej Matki.