Zastanawiam się, dlaczego coraz więcej zwykłych wiernych zaczyna mieć poczucie, że uczestniczy nie tyle w odnowie Kościoła, ile w procesie jego stopniowej przebudowy. Nie chodzi już bowiem wyłącznie o pojedyncze dokumenty, pojedyncze wypowiedzi czy nawet pojedyncze kontrowersje. Chodzi o coś znacznie głębszego — o zmianę sposobu myślenia, która dokonuje się etapami, bardzo ostrożnie, bardzo cierpliwie, pod językiem „dialogu”, „otwartości”, „wspólnego rozeznawania” i „słuchania człowieka”. Właśnie dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, którego wielu ludzi jeszcze niedawno bało się nawet wypowiedzieć: czy synod o synodalności nie stał się koniem trojańskim rewolucji kulturowej wewnątrz Kościoła?
Koń trojański zawsze wyglądał niewinnie. Nigdy nie przychodził pod sztandarem otwartego ataku. Wręcz przeciwnie — sprawiał wrażenie daru, czegoś nowoczesnego, potrzebnego i obiecującego. Dopiero później okazywało się, że w jego wnętrzu ukryto mechanizm destrukcji. I właśnie dlatego tak wielu ludzi zaczyna dziś dostrzegać podobny mechanizm w procesie synodalnym, który z jednej strony mówi o Duchu Świętym, słuchaniu i jedności, ale z drugiej coraz częściej otwiera przestrzeń dla idei jeszcze niedawno jawnie sprzecznych z katolickim nauczaniem.
Problem polega na tym, że rewolucja kulturowa nigdy nie zaczyna od frontalnego ataku na dogmaty. Ona działa znacznie subtelniej. Najpierw zmienia język. Potem redefiniuje pojęcia. Następnie przesuwa granice tolerancji wobec rzeczy wcześniej uznawanych za oczywiste zło albo duchowe niebezpieczeństwo. W końcu dochodzi do momentu, w którym człowiek wierzący zaczyna się bać powiedzieć, że coś jest niezgodne z Ewangelią, ponieważ natychmiast zostaje oskarżony o brak miłości, brak otwartości albo „zamknięcie na działanie Ducha”.
I właśnie tutaj zaczyna się największy dramat współczesnego Kościoła Zachodu. Coraz częściej nie pyta się już, czy dane zjawisko jest zgodne z Objawieniem, Tradycją i wielowiekowym nauczaniem Kościoła, ale czy odpowiada oczekiwaniom współczesnego człowieka. Coraz częściej centrum przestaje być Chrystus i zbawienie duszy, a staje się psychologiczny komfort człowieka oraz jego subiektywne poczucie akceptacji. W efekcie chrześcijaństwo zaczyna być stopniowo przekształcane w projekt społeczny, którego celem nie jest już prowadzenie ludzi do nawrócenia, ale zapewnienie wszystkim dobrego samopoczucia wewnątrz „inkluzywnej wspólnoty”.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że wszystko odbywa się pod katolickim szyldem. Kościoły stoją w tych samych miejscach. Hierarchowie noszą te same stroje. Padają te same religijne słowa. Ale treść zaczyna się zmieniać. I właśnie dlatego coraz więcej ludzi czuje dziś ogromny niepokój, gdy słyszy, że „synodalność” ma być nowym stylem Kościoła, jego nowym sposobem funkcjonowania, nową drogą przyszłości. Bo wielu wiernych zaczyna dostrzegać, że pod pojęciem „słuchania” coraz częściej ukrywa się mechanizm oswajania Kościoła z duchem współczesnego świata.
Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w Niemczech, gdzie część środowisk kościelnych otwarcie domaga się zmian w moralności seksualnej, redefinicji kapłaństwa, nowego podejścia do związków homoseksualnych oraz całkowitego przebudowania modelu Kościoła. Jeszcze niedawno wielu ludzi uważało, że to lokalny problem niemieckiego katolicyzmu. Tymczasem dziś coraz więcej elementów tej samej narracji pojawia się również w przestrzeni synodalnej Kościoła powszechnego. ()
I właśnie dlatego wielu wiernych zaczyna zadawać sobie pytanie, czy synod nie staje się narzędziem powolnej protestantyzacji Kościoła. Nie protestantyzacji rozumianej wyłącznie jako spór liturgiczny, ale jako głęboka zmiana mentalności. Mentalności, w której prawda przestaje być czymś obiektywnym i niezmiennym, a zaczyna zależeć od procesu, dialogu, konsensusu i aktualnych oczekiwań wspólnoty. Tymczasem chrześcijaństwo nigdy nie było religią demokratycznego ustalania prawdy. Chrystus nie powiedział Apostołom: „negocjujcie prawdę ze światem”. Powiedział: „Idźcie i nauczajcie”.
To właśnie dlatego coraz więcej ludzi mówi dziś o „marszu przez instytucje” wewnątrz Kościoła. Nie chodzi już bowiem o pojedyncze nadużycia czy pojedyncze błędy. Chodzi o próbę długofalowej zmiany świadomości wiernych. O stopniowe przyzwyczajanie katolików do tego, że wszystko można reinterpretować, wszystko można negocjować, wszystko można „rozeznać na nowo”. A jeśli ktoś się temu sprzeciwia, natychmiast przedstawia się go jako człowieka konfliktowego, niezdolnego do dialogu albo zamkniętego na „nowe działanie Ducha”.
Tymczasem Duch Święty nigdy nie prowadzi Kościoła przeciwko Objawieniu, które sam wcześniej współtworzył. Duch Święty nie zaprzecza Ewangelii. Nie unieważnia Dekalogu. Nie podważa słów Chrystusa tylko dlatego, że współczesny świat uznał je za zbyt wymagające. I właśnie dlatego tak wielu ludzi odczuwa dziś ogromne napięcie, gdy słyszy język, w którym coraz rzadziej mówi się o grzechu, pokucie, ofierze, piekle, nawróceniu i walce duchowej, a coraz częściej o inkluzywności, procesach, emocjach i „towarzyszeniu”.
Największy problem polega jednak na tym, że wielu wiernych nadal nie rozumie, iż rewolucja kulturowa nie potrzebuje otwartego zniszczenia Kościoła. Wystarczy jej Kościół pozbawiony odwagi głoszenia prawdy. Kościół, który boi się sprzeciwić światu. Kościół, który zamiast prowadzić człowieka ku nawróceniu, zaczyna dostosowywać Ewangelię do oczekiwań współczesności. Taki Kościół nadal może mieć piękne świątynie, rozbudowane struktury i medialną popularność, ale przestaje być znakiem sprzeciwu wobec ducha epoki.
I właśnie dlatego pytanie o synod nie jest dziś wyłącznie pytaniem o administrację Kościoła czy nowy styl duszpasterstwa. To pytanie o przyszłość katolickiej tożsamości. O to, czy Kościół pozostanie wierny Chrystusowi, czy stanie się religijną dekoracją świata, który nie chce już prawdy, lecz jedynie potwierdzenia samego siebie.