W ostatnich tygodniach coraz wyraźniej słychać, że wokół procesu synodalnego narasta nie tylko dyskusja, ale również autentyczny niepokój części wiernych, którzy zaczynają zadawać pytania o kierunek zmian zachodzących dziś w Kościele. Nie chodzi już wyłącznie o pojedyncze dokumenty, spotkania czy samą metodę prowadzenia synodu. Coraz częściej problem dotyczy czegoś znacznie głębszego — sposobu rozumienia prawdy, autorytetu, Tradycji i miejsca wiernych świeckich wobec procesów, które przedstawiane są jako „droga słuchania”, a przez wielu odbierane są jako próba stopniowego przekształcania mentalności katolików.
Szczególnie mocno wybrzmiał ostatnio głos płynący z jednego ze środowisk synodalnych w Krakowie, gdzie — jak wynika z relacji uczestników — podczas spotkań zaczęły pojawiać się bardzo konkretne pytania dotyczące treści Dokumentu Końcowego Synodu o Synodalności. Nie były to pytania wynikające z chęci wywołania konfliktu ani próby medialnej prowokacji. Wręcz przeciwnie — wiele wskazuje na to, że były one efektem uważnej lektury dokumentów oraz rosnącego przekonania części wiernych, że niektóre sformułowania wymagają spokojnego, poważnego i teologicznego wyjaśnienia.
W relacjach pojawia się bardzo charakterystyczny obraz ludzi, którzy nie przyszli na spotkanie wyłącznie po to, aby uczestniczyć w kolejnym „procesie”, lecz przychodzili z konkretnymi pytaniami, tekstami i wątpliwościami dotyczącymi kierunku, w jakim zmierza współczesny język synodalności. Dla wielu uczestników szczególnie istotne okazało się pytanie o to, czy synodalność pozostaje jedynie metodą rozmowy i rozeznawania, czy też zaczyna być przedstawiana jako nowy sposób definiowania samej natury Kościoła.
I właśnie w tym kontekście pojawił się list „NON POSSUMUS”, który dla części wiernych stał się symbolem głębokiego niepokoju wobec przemian zachodzących dziś wewnątrz Kościoła. Niezależnie od tego, jak ktoś ocenia sam dokument, trudno nie zauważyć, że jego pojawienie się nie jest przypadkowe. Jest raczej znakiem narastającego poczucia, że wielu katolików nie chce już jedynie biernie obserwować procesów zachodzących wokół nich, ale zaczyna domagać się jasnych odpowiedzi dotyczących granic zmian, relacji między Tradycją a „duchem czasu” oraz miejsca prawdy objawionej w świecie coraz bardziej podporządkowanym logice emocji i społecznej akceptacji.
W tym wszystkim szczególnie interesujące jest to, że sam punkt wyjścia spotkań synodalnych wydaje się dla wielu ludzi uczciwy. Skoro mówi się o słuchaniu — to słuchajmy. Skoro mówi się o rozeznawaniu — to rozeznawajmy. Skoro zachęca się wiernych do zadawania pytań — to trudno oczekiwać, że wszystkie pytania będą wygodne, łatwe i pozbawione napięcia. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy część uczestników zaczyna odnosić wrażenie, że przestrzeń rozmowy istnieje tylko do momentu, w którym nie podważa się samego kierunku procesu.
To właśnie tutaj pojawia się źródło rosnącego napięcia. Wielu wiernych nie ma dziś poczucia, że buntuje się przeciwko Kościołowi. Wręcz przeciwnie — bardzo często są to ludzie głęboko przywiązani do Eucharystii, Tradycji, modlitwy i nauczania Kościoła, którzy próbują zrozumieć, dlaczego coraz częściej zamiast jednoznacznego języka prawdy pojawia się język permanentnego procesu, otwartości i nieustannego „towarzyszenia”, które dla części osób zaczyna oznaczać rezygnację z jasnego nazywania dobra i zła.
Niepokój budzi również wrażenie, że współczesna synodalność coraz mocniej przesuwa punkt ciężkości z pytania „czy to jest zgodne z Ewangelią?” na pytanie „czy wszyscy czują się wysłuchani?”. Tymczasem historia Kościoła pokazuje wyraźnie, że chrześcijaństwo nigdy nie było oparte wyłącznie na emocjonalnym komforcie i społecznym konsensusie. Fundamentem Kościoła była prawda objawiona, nawet wtedy, gdy była trudna, niewygodna i sprzeczna z dominującą kulturą swoich czasów.
Dlatego głos płynący dziś z części środowisk synodalnych w Krakowie nie jest jedynie lokalnym konfliktem czy internetową burzą. Jest raczej znakiem głębszego procesu, w którym coraz więcej wiernych zaczyna pytać o granice zmian oraz o to, czy Kościół w swoim współczesnym języku nadal pozostaje jednoznacznym świadkiem prawdy, czy też coraz bardziej próbuje odnaleźć swoje miejsce poprzez dostosowywanie się do oczekiwań świata.
A to pytanie — niezależnie od emocji, jakie wywołuje — będzie wracało coraz częściej.