Święty Mikołaj czy Santa-konsument? Wojna o wyobraźnię naszych dzieci

W pewnym momencie historii stało się coś, co do dziś odciska piętno na naszej kulturze, choć niewielu zdaje sobie z tego sprawę: kiedy zaczęto odrywać człowieka od sacrum, najpierw odebrano mu świętych, później prawdę, a na końcu samego Boga, a wszystko to już w XVI wieku, kiedy protestancka rewolucja uznała, że człowiek nie potrzebuje ani tradycji, ani wspólnoty Kościoła, ani wstawiennictwa świętych, ani tych wszystkich duchowych przestrzeni, w których przez całe wieki dojrzewała europejska dusza. Reformacja nie tylko odrzuciła katolicką wizję świętości, lecz przede wszystkim wyczyściła pamięć, redukując chrześcijaństwo do minimum, do zimnej doktryny oderwanej od żywej wspólnoty, do suchego „sola Scriptura”, które w praktyce oznaczało egzekucję całego bogactwa duchowego. I właśnie wtedy, w tym momencie amputacji, święty Mikołaj — biskup, asceta, obrońca dogmatu nicejskiego — został pozbawiony fundamentu, bo skoro nie ma kultu świętych, to nie ma też przestrzeni, w której mógłby żyć jego przykład, jego heroizm, jego wstawiennictwo. Tak zaczęła się śmierć świętości, powolna, ale metodyczna.

Kiedy protestantyzm wyrzucił świętych z kościołów, nie pozostała po nich pobożność, lecz tylko puste miejsce, a puste miejsca w kulturze nigdy nie pozostają długo puste — ktoś je prędzej czy później wypełni. W tym przypadku wypełniła je nowoczesność. Najpierw literatura anglosaska, która przedefiniowała Mikołaja w postać nie tyle duchową, co bajkową, a potem kultura amerykańska, która w XIX wieku stworzyła mu nową tożsamość: już nie obrońcy boskości Chrystusa, lecz sympatycznego staruszka, który nie ma nic wspólnego z biskupem Miry. A później, gdy w grę weszła reklama i rynek, nastąpił proces totalnej komercjalizacji — Santa Claus, zwłaszcza po kampaniach amerykańskiego koncernu napojowego, stał się ikoną popkultury, symbolem konsumpcji, emocjonalnym parawanem, za którym ukryto to, co w Bożym Narodzeniu najważniejsze. To nie było przypadkowe; to było logiczne następstwo tego, co zaczęło się w XVI wieku. Skoro świętych zabrano z przestrzeni modlitwy, musieli trafić do przestrzeni rozrywki.

Dzisiaj widzimy efekty tej operacji: dzieci rosną w przekonaniu, że Mikołaj to postać od prezentów, uśmiechów i dzwoneczków, a nie święty biskup, który z narażeniem życia bronił dogmatu o współistotności Chrystusa Ojcu, który bił się nie o baśniową atmosferę, lecz o prawdę teologiczną. I w tym miejscu trzeba zadać poważne pytanie — takie, którego tak bardzo boi się współczesna kultura: w kogo wierzą nasze dzieci, i kto im tę wiarę projektuje? Czy wierzą w świętego, którego Kościół czcił przez wieki, czy raczej w marketingowy produkt, który powstał tylko po to, by napędzać sprzedaż i karmic sentymentalizm?

Zadziwiające jest to, jak szybko człowiek jest w stanie przyjąć iluzję jako rzeczywistość, zwłaszcza gdy ta iluzja jest kolorowa, przyjemna i emocjonalnie wygodna. Tak właśnie działa Santa Claus — symbol, który udaje bożonarodzeniową głębię, a w rzeczywistości unieważnia najważniejsze pytania o Wcielenie, o Boga, który stał się człowiekiem, o sens daru i ofiary. W efekcie otrzymujemy figurę, która nie ma płci w sensie teologicznym, nie ma dogmatu, nie ma duchowości, nie ma męstwa. Jest tylko użytkowym znakiem sezonu, który można wkleić w reklamę dowolnego produktu. I jeżeli ktoś chce zobaczyć pełnię absurdów współczesności, wystarczy spojrzeć na to, jak łatwo z „Mikołaja” robi się „Mikołajki”, jak łatwo tę postać się infantylizuje, rozmywa, neutralizuje, a gdyby presja kulturowa poszła jeszcze krok dalej — nic dziwnego, że w końcu mógłby pojawić się „Mikołaj, osoba nosząca prezenty, posługująca się zaimkami dowolnego wyboru”, bo skoro już odebrano mu świętość, płeć symboliczną, sakralny wymiar i misję — to nie ma żadnej obrony przed kolejnym etapem dekonstrukcji.

To jest istota problemu: kiedy zabiera się świętość, człowiek traci orientację moralną, a kultura zaczyna wymyślać alternatywy, które nie mają głębi, ale mają silne oddziaływanie emocjonalne. Santa Claus jest właśnie takim tworem — nie kontynuacją świętego Mikołaja, lecz jego przeciwieństwem. Nie obrońcą dogmatu, lecz produktem. Nie człowiekiem Kościoła, lecz ikoną konsumpcji. Nie świadkiem Ewangelii, lecz żywą reklamą.

I jeśli mówimy o dzieciach, o tym, w co wierzą, co widzą, co przejmują — musimy jasno stwierdzić, że żyją w świecie, gdzie symbole zostały przechwycone, przeprogramowane i oddane im w wersji, która nie prowadzi do Boga, ale zatrzymuje się na poziomie emocji i prezentów. I to jest dramat nie tylko wychowawczy, ale duchowy. Bo dziecko, które zna tylko Santa Clausa, nie pozna nigdy Mikołaja — biskupa, wojownika o prawdę. Nie zobaczy, że świętość to nie kolorowa bajka, lecz wymagająca droga. Nie zauważy, że prawda nie zawsze jest miękka, czasem musi uderzyć, jak wtedy, gdy święty Mikołaj wymierzył policzek Ariuszowi, bo nie mógł znieść bluźnierstwa wymierzonego w samego Chrystusa. Takich gestów Santa Claus nigdy nie wykona. Bo Santa Claus nie broni żadnej prawdy — on tylko rozprowadza emocje.

A przecież właśnie dziś — w świecie, który rozpada się pod naporem ideologii, konsumpcji i relatywizmu — potrzebujemy figur mocnych, jednoznacznych, zdolnych do stawania w obronie tego, co nienaruszalne. Santa niczego takiego nie symbolizuje, bo nie odwołuje się do żadnej transcendencji. Święty Mikołaj — przeciwnie — jest świadkiem Boga wcielonego, obrońcą dogmatu, człowiekiem odwagi i pokory. I dlatego to właśnie jego trzeba przywracać dzieciom, rodzinom, kulturze, bo inaczej będziemy wychowywać pokolenia ludzi, którzy znają iluzję zamiast prawdy, konsumpcję zamiast duchowości, sentymentalizm zamiast wiary.

W tym sensie walka o świętego Mikołaja nie jest walką o folklor, lecz o przyszłość duchową naszych dzieci. Jeśli chcemy, by wiedziały, czym jest odwaga, prawda, ofiara, miłość zakorzeniona w Ewangelii — musimy wrócić do źródeł, odrzucić plastikowy fałsz i odbudować to, co zostało rozmyte. Bo świętość jest jak światło — kiedy je wyłączymy, ciemność nie musi o nic walczyć. Ona po prostu zajmuje miejsce.