„Co można zrobić z prawdą w świecie pełnym kłamstwa?” – to pytanie nie jest retoryczną ozdobą kazania, nie jest literackim wstępem, który dobrze brzmi w uroczystej chwili. To pytanie jest jak sygnał alarmowy, który uruchamia się wtedy, gdy człowiek zaczyna czuć, że grunt usuwa mu się spod nóg. Dalej padają słowa: „Oprawić w ramkę i powiesić na ścianie? Co można, a co należy z nią robić? Może trzeba jej bronić?” A potem zdanie, które powinno zostać wypisane wielkimi literami nad każdą redakcją, każdą uczelnią, każdym parlamentem: „Choć niektórzy twierdzą, że prawda obroni się sama, to jest to chyba dość naiwny pogląd. Bałagan nie sprząta się sam, problemy nie rozwiązują się same, a prawda miała by się sama obronić?”
W tych kilku zdaniach jest cała diagnoza naszych czasów. Żyjemy w epoce, która bardzo dużo mówi o wolności, o prawach, o tolerancji, o różnorodności, ale coraz rzadziej mówi o prawdzie w sposób poważny, jednoznaczny i zobowiązujący. Prawda stała się słowem podejrzanym. Gdy ktoś mówi, że coś jest prawdziwe, natychmiast pojawia się podejrzenie, że chce narzucić innym swoją wizję świata. Prawda przestała być wspólnym punktem odniesienia, a zaczęła być postrzegana jako narzędzie dominacji. I w tym miejscu zaczyna się dramat.
Bo jeżeli prawda jest tylko opinią silniejszego, jeżeli jest konstruktem społecznym, jeżeli można ją dowolnie negocjować, to nie ma już fundamentu, na którym można budować trwałe relacje, kulturę, prawo, wychowanie. Zostaje tylko gra interesów i walka narracji. Zostaje tylko to, co głośniejsze, bardziej atrakcyjne medialnie, lepiej opakowane. Wtedy fakty przestają mieć znaczenie, a liczy się przekaz. Wtedy nie pyta się już: „czy to jest prawdziwe?”, ale „czy to działa?”.
Leon XIII w „Sapientiae Christianae” pisał jasno: „Jeśli czyste i nieskażone światło prawdy zostanie odrzucone, umysły ludzkie muszą nieuchronnie pogrążyć się w ciemnościach i dać się zwieść zepsutym urojeniom”. To nie jest przesadny język dziewiętnastego wieku. To jest realistyczny opis tego, co dzieje się wtedy, gdy człowiek odcina się od obiektywnego punktu odniesienia. Ciemność nie polega na braku informacji. Ciemność polega na braku miary. Człowiek może mieć dostęp do tysięcy źródeł, do milionów danych, a jednocześnie nie wiedzieć, co z nich jest prawdą, a co sprytnie skonstruowaną narracją.
Dziś problem nie polega na tym, że informacji jest za mało. Problem polega na tym, że prawda została rozmyta. W przestrzeni publicznej coraz częściej mówi się o „mojej prawdzie”, „twojej prawdzie”, „ich prawdzie”. Zniknęło przekonanie, że prawda jest jedna, choć nasze poznanie może być niedoskonałe. W zamian pojawiło się przekonanie, że każdy ma swoją wersję rzeczywistości i żadna nie może rościć sobie prawa do obiektywności. Brzmi to tolerancyjnie, ale w rzeczywistości jest początkiem chaosu.
Bo jeżeli nie ma jednej prawdy o człowieku, to nie ma też jednej prawdy o jego naturze. Jeżeli nie ma jednej prawdy o dobru, to nie ma jednej miary moralnej. Wtedy wszystko staje się kwestią interpretacji. Grzech przestaje być grzechem, a staje się wyborem stylu życia. Odpowiedzialność przestaje być obowiązkiem, a staje się opcją. Słowa zmieniają znaczenie, a wraz z nimi zmienia się sposób myślenia.
I tu wracają słowa biskupa Płoskiego. „Oprawić w ramkę i powiesić na ścianie?” – to jest gorzka ironia. Bo dokładnie to często robimy z prawdą. Cytujemy ją przy okazji rocznic. Wspominamy ją w uroczystych przemówieniach. Powołujemy się na nią wtedy, gdy jest wygodna. Ale gdy zaczyna kosztować, gdy wymaga sprzeciwu wobec dominującej narracji, gdy domaga się konsekwencji w życiu prywatnym i publicznym – wtedy wolimy ją przemilczeć.
Prawda nie jest ozdobą. Prawda jest zobowiązaniem. Jeżeli jest prawdą, to wymaga działania. Jeżeli widzę, że coś jest fałszem, a milczę, to w pewnym sensie pozwalam temu fałszowi działać. Dlatego zdanie „prawda obroni się sama” jest nie tylko naiwne, ale groźne. Ono uspokaja sumienie. Pozwala nic nie robić. Pozwala pozostać neutralnym. A neutralność wobec fałszu w praktyce oznacza zgodę na jego rozprzestrzenianie się.
„Bałagan nie sprząta się sam” – to porównanie jest brutalnie proste. Każdy, kto zostawi pokój bez sprzątania, wie, że z czasem będzie w nim tylko gorzej. Każdy, kto odkłada rozwiązanie problemu, wie, że problem rośnie. Dlaczego więc mielibyśmy wierzyć, że w sferze prawdy jest inaczej? Jeżeli przez lata pozwala się na relatywizowanie faktów, na redefiniowanie podstawowych pojęć, na przesuwanie granic tego, co oczywiste, to nie można się dziwić, że w pewnym momencie człowiek przestaje rozumieć, gdzie jest północ.
Leon XIII ostrzegał przed „zepsutymi urojeniami”. To mocne słowa. Urojenie to coś, co nie ma oparcia w rzeczywistości, a mimo to jest traktowane jak fakt. Kiedy społeczeństwo zaczyna budować swoje decyzje na urojeniu, skutki są nieuniknione. Prawo zaczyna rozmijać się z naturą. Edukacja zaczyna rozmijać się z rzeczywistością. Kultura zaczyna promować to, co sprzeczne z fundamentami, na których sama wyrosła.
Świat, który kłamie sam sobie, nie zawsze robi to świadomie. Często zaczyna od drobnych kompromisów. Od małych przesunięć znaczeń. Od z pozoru niewinnych zmian języka. Z czasem jednak okazuje się, że zmieniło się wszystko. Że to, co kiedyś było oczywiste, dziś jest kwestionowane. Że to, co było fundamentem, dziś jest traktowane jako przesąd.
W tym kontekście pytanie „Może trzeba jej bronić?” przestaje być sugestią, a staje się koniecznością. Obrona prawdy nie oznacza agresji. Nie oznacza nienawiści. Oznacza odwagę mówienia rzeczy po imieniu. Oznacza wierność rzeczywistości nawet wtedy, gdy jest to niepopularne. Oznacza gotowość do poniesienia kosztu.
Bo prawda zawsze coś kosztuje. Kosztuje relacje, gdy ktoś nie chce jej przyjąć. Kosztuje reputację, gdy stoi w sprzeczności z dominującą opinią. Kosztuje komfort, gdy wymaga zmiany własnego życia. Ale alternatywą jest życie w świecie iluzji. A iluzja wcześniej czy później pęka.
Jeżeli odrzucimy „czyste i nieskażone światło prawdy”, jak pisał Leon XIII, nie zatrzymamy się w neutralnej strefie. Wejdziemy w ciemność. A ciemność nie jest romantyczna. Ciemność to zagubienie, manipulacja, podatność na każdy silniejszy przekaz. Człowiek bez prawdy staje się łatwy do prowadzenia. Wystarczy zmienić hasło, podmienić definicję, uruchomić emocję.
Dlatego nie wystarczy mówić o prawdzie w teorii. Trzeba ją przyjąć jako fundament życia osobistego i społecznego. Trzeba uznać, że nie wszystko jest względne, że nie wszystko podlega negocjacji, że istnieją granice, których przekroczenie niszczy człowieka i wspólnotę. To nie jest powrót do przeszłości. To jest powrót do rzeczywistości.
Pytanie z Katynia nie jest pytaniem historycznym. Jest pytaniem o dziś. Co zrobimy z prawdą w świecie pełnym kłamstwa? Czy uczynimy z niej ozdobę? Czy zostawimy ją samą sobie? Czy uwierzymy, że obroni się bez naszego udziału? A może zrozumiemy, że bez niej wszystko zaczyna się chwiać?
Jeżeli prawda przegra, nie wygra wolność. Wygra chaos. A chaos zawsze domaga się silnej ręki. Dlatego obrona prawdy nie jest luksusem ludzi wierzących czy filozofów. Jest warunkiem przetrwania cywilizacji. I jeżeli tego nie zrozumiemy, obudzimy się w świecie, który tak długo kłamał sam sobie, aż przestał pamiętać, jak wygląda rzeczywistość.