„Przynajmniej próbowałem”

„Jeśli nie potrafisz tego dokonać, aby w jakiejś sprawie zwyciężyło dobro, czyń przynajmniej wysiłki, aby wpływ zła jak najbardziej osłabić” – pisał Thomas More w Utopii. To zdanie, które brzmi jak krótki aforyzm, w rzeczywistości jest manifestem. To wezwanie, by nie kapitulować nawet wtedy, gdy zwycięstwo wydaje się poza zasięgiem. More nie mówi: „poddaj się, skoro nie możesz wygrać”, ale „walcz, choćbyś miał przegrać, bo każda twoja próba osłabia moc zła”. W tych słowach nie ma miejsca na wygodnictwo, na usprawiedliwianie własnej bierności, na racjonalizacje typu: „i tak nic się nie da zrobić”. Przeciwnie – jest tu żądanie, by człowiek w każdej sytuacji stawał po stronie dobra, choćby nie miał pewności, że doprowadzi sprawę do końca.

To zdanie jest uderzająco współczesne. Bo żyjemy w świecie, w którym rzadko mamy komfort pełnego zwycięstwa. Zazwyczaj musimy działać w cieniu kompromisu, w szarej strefie między sukcesem a porażką. Ale właśnie w tej codzienności, w tym trudnym polu walki, potrzebujemy odwagi, by powiedzieć sobie: „Może nie zdołam wygrać, ale zdołam osłabić zło”. Czasem życie domaga się od nas tylko jednego – żebyśmy podjęli walkę. Nawet jeśli zakończy się ona klęską, pozostaje w nas coś, co ma większą wartość niż efekt końcowy: świadomość, że nie uciekliśmy, że nie sprzedaliśmy prawdy, że nie udaliśmy, iż nie widzimy. To pozwala stanąć przed sobą samym i powiedzieć: „Przynajmniej próbowałem”.

Ta myśl Thomasa More’a prowadzi nas wprost do Zbigniewa Herberta i jego Przesłania Pana Cogito: „Idź wyprostowany wśród tych, co na kolanach”. W świecie pełnym ugiętych karków, wśród ludzi przyzwyczajonych do kompromisu za wszelką cenę, stoi przed nami twarde zadanie: zachować pion. Nie dlatego, że to łatwe, ale dlatego, że to jedyna droga, by pozostać sobą. Herbert nie nawołuje do sukcesu, on nawołuje do postawy. Idź wyprostowany – czyli nie uginaj się, nie schylaj głowy tam, gdzie inni uznali, że „tak trzeba”, nie padaj na kolana przed kłamstwem, przed konformizmem, przed nową ideologią.

To właśnie jest prawdziwa wolność: przemarsz z uniesioną głową, bez kompleksów, bez samoponiżania się, ale i bez pychy. Wolność nie jest wtedy, gdy wszystko układa się po naszej myśli, ale wtedy, gdy możemy spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Jestem, jaki jestem. Znam swoje miejsce wśród ludzi i ani się nie poniżam, ani nie wywyższam”. Herbert uczy nas, że zwycięstwo nie zawsze oznacza triumf na miarę stadionu czy parlamentu. Czasem zwycięstwo to zachowana integralność – to fakt, że nawet jeśli przegraliśmy w oczach świata, nie przegraliśmy w oczach własnego sumienia. A to oznacza, że w głębszym sensie pozostaliśmy zwycięzcami.

Symbolicznym obrazem tej postawy jest scena z filmu Lot nad kukułczym gniazdem Miloša Formana. Jack Nicholson jako Randle P. McMurphy próbuje dokonać rzeczy niemożliwej – wyrwać monumentalny cokół z podłoża, by rozbić nim okno i otworzyć drogę ku wolności sobie i innym. Cała sala patrzy na niego jak na szaleńca. Nikt nie wierzy, że mu się uda. On jednak nie kalkuluje, nie odlicza swoich szans, nie poddaje się ironii i rezygnacji. Napina wszystkie mięśnie, podejmuje wysiłek, walczy do końca. I przegrywa. Ale po wszystkim padają słowa, które mają w sobie więcej mocy niż niejeden triumf: „Ale przynajmniej próbowałem”.

To zdanie powinno być wyryte w naszych sercach. Bo przecież życie nie zawsze daje nam zwycięstwo. Bardzo często daje nam coś znacznie trudniejszego – doświadczenie porażki, która uczy, że człowiek mierzy się nie tyle z rezultatem, ile z własnym sercem. Czasem jedyne, co możemy zrobić, to nie zgodzić się na kłamstwo. Nie klęknąć tam, gdzie inni klęczą. Nie stać się częścią farsy, nawet jeśli cena za to jest wysoka. I to wystarczy.

George Orwell miał rację, kiedy pisał: „Dopóki ktoś upiera się przy prawdzie, nawet wbrew całemu światu, pozostaje normalny”. Normalność nie jest kwestią statystyki. Prawda nie zależy od głosowania, od sondaży, od tego, co powiedzą „autorytety”. Prawda istnieje niezależnie od tego, ilu ludzi ją uznaje, a ilu odrzuca. A siła człowieka nie mierzy się liczbą sukcesów, ale gotowością do walki w imię tej prawdy.

Dlatego święty Augustyn mógł powiedzieć: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. To paradoks, który rozumie tylko ten, kto próbował i upadł, a potem podniósł się i próbował dalej. Zwycięstwo to nie jest wyłącznie finałowa wygrana. Zwycięstwo to akt podjęcia walki. To wierność prawdzie, stanięcie po stronie dobra nawet wtedy, gdy cały świat mówi: „Nie warto”. Augustyn przypomina nam, że istotą człowieka nie jest sukces, lecz walka o sens, o prawdę, o dobro.

I może właśnie w tym kryje się największa tajemnica odwagi – w zdaniu, które brzmi tak prosto, że aż można je przeoczyć, a jednak wywraca świat do góry nogami: „Przynajmniej próbowałem”. W tym krótkim wyznaniu mieści się cała filozofia życia godnego, uczciwego i pełnego sensu. Bo kto próbuje, ten już wygrał. Kto nie ucieka, kto nie kapituluje, kto podejmuje trud – nawet jeśli przegra na oczach innych – zwycięża w najważniejszym wymiarze: w wymiarze prawdy o samym sobie.