Są momenty w historii, kiedy zmieniają się szyldy, kolory i hasła, ale władza pozostaje ta sama. Zmienia garnitur, poprawia krawat, uczy się nowego języka, lecz jej mentalność, instynkty i odruchy pozostają niezmienne. Taki właśnie jest dzisiejszy obraz polskiej lewicy postkomunistycznej – nowy garnitur starej władzy, która nigdy nie rozliczyła się ani z przeszłości, ani z własnych win, ani z ideologii, z której wyrosła.
Nie jest przypadkiem, że dzień po rocznicy stanu wojennego głos zabierają politycy, których formacja ideowa wyrasta wprost z tamtego systemu. To nie jest zbieg okoliczności. To ciągłość. Ci sami ludzie – tylko młodsi lub lepiej ucharakteryzowani – ten sam sposób myślenia o państwie, narodzie i władzy. Wczoraj czołgi i dekrety, dziś narracja, presja kulturowa i język „postępu”.
Stan wojenny nie był „trudną decyzją”. Był decyzją desperacką władzy, która wiedziała, że traci kontrolę. 586 dni przemocy. Ponad 100 zabitych. 11 tysięcy internowanych. Dziesiątki tysięcy represjonowanych. Milion Polaków zmuszonych do emigracji. A na końcu – niemal żadnego realnego rozliczenia. Jedno symboliczne skazanie, zawieszone wyroki, wysokie emerytury dla funkcjonariuszy aparatu represji. Państwo III RP przez lata bało się nazwać zło po imieniu.
Dziś ci sami spadkobiercy tamtej władzy mówią nam o demokracji, praworządności i wartościach. A jednocześnie zapowiadają likwidację ustawy obniżającej emerytury byłym funkcjonariuszom SB – ustawy uchwalonej 16 grudnia 2016 roku, która była jednym z nielicznych aktów elementarnej sprawiedliwości dziejowej. W ich wizji historii ofiary mają milczeć, a oprawcy znów mają wrócić do przywilejów. To nie jest polityka socjalna. To jest polityka pamięci – a raczej jej wymazywania.
Nie sposób nie zauważyć mentalności, która przebija z wystąpień liderów tej formacji. Język „weta za weto”, nieustanne poszukiwanie wroga, personalne ataki, manipulowanie konstytucją, mylenie ról marszałka i prezydenta. Prezydent – strażnik Konstytucji – zostaje przedstawiany jako przeszkoda. Marszałek – jako ktoś stojący ponad porządkiem ustrojowym. To logika nomenklatury, nie republiki. Logika, w której prawo jest narzędziem, a nie granicą władzy.
Nieprzypadkowo w tej narracji wraca także obsesja na punkcie Kościoła. Rozdział Kościoła od państwa, rugowanie religii ze szkół, ideologizacja edukacji, walka z ochroną życia – wszystko to brzmi jak kalki z dawnych dokumentów partyjnych. Zmienił się język, ale cel pozostał ten sam: wychować człowieka posłusznego, pozbawionego zakorzenienia, oderwanego od tradycji, historii i transcendencji.
Już Pius XI w encyklice Divini Redemptoris ostrzegał, że komunizm jest systemem z natury bezbożnym, który niszczy godność osoby ludzkiej i podporządkowuje człowieka państwu. Te słowa nie straciły aktualności. Zmieniła się forma, nie istota. Dziś zamiast pałki milicyjnej mamy presję kulturową, zamiast cenzury – algorytmy, zamiast dekretów – „standardy europejskie”.
W czasach stanu wojennego Kościół był jedyną przestrzenią wolności. Prymas Stefan Wyszyński rozumiał, że walka nie toczy się tylko o ustrój, ale o duszę narodu. Ksiądz Jerzy Popiełuszko przypominał, że „zło dobrem zwyciężaj” nie jest hasłem sentymentalnym, lecz strategią oporu wobec systemu, który żyje z nienawiści i strachu. Zapłacił za to życiem. Dziś jego mordercy są potępieni, ale mentalność, która do tej zbrodni doprowadziła, wciąż krąży w życiu publicznym.
Nowy garnitur starej władzy polega na tym, że dawny aparat przemocy zamienia się w aparat narracji. Nie trzeba już strzelać do górników, wystarczy wyśmiać, zrelatywizować, wykluczyć z debaty. Nie trzeba zamykać kościołów siłą – wystarczy odebrać im głos w przestrzeni publicznej. Nie trzeba zmieniać konstytucji – wystarczy ją „reinterpretować”.
Dlatego 13 grudnia nie jest tylko datą historyczną. Jest ostrzeżeniem. Pokazuje, dokąd prowadzi państwo oderwane od prawdy, od odpowiedzialności i od Boga. I pokazuje też coś jeszcze: że naród, który zachowuje pamięć, nie daje się tak łatwo oszukać.
Stara władza może założyć nowy garnitur. Może mówić językiem praw kobiet, ekologii i postępu. Ale jej lęk przed wolnością, prawdą i sumieniem pozostaje ten sam. A historia – wbrew ich nadziejom – nie milczy. Milczą tylko ci, którzy boją się jej konsekwencji.
To nie jest spór o przeszłość. To jest spór o przyszłość Polski. Jeśli pozwolimy, by nowy garnitur przykrył stare grzechy, obudzimy się w rzeczywistości, którą już raz znamy. A wtedy będzie za późno na zdziwienie.