Są pytania, które brzmią niewinnie tylko do momentu, gdy zaczniemy je traktować poważnie, bo wtedy okazuje się, że dotykają samego rdzenia wiary, samego serca chrześcijaństwa, które albo pozostaje wierne temu, czym jest, albo zaczyna powoli, często niezauważalnie, tracić swoją tożsamość i przekształcać się w coś zupełnie innego, coś, co z zewnątrz jeszcze przypomina Kościół, używa jego języka, jego symboli i jego rytuałów, ale w środku działa już według zupełnie innej logiki.
Czy można głosić Ewangelię językiem Marksa? Czy można mówić o Chrystusie, używając narzędzi ideologii, która od samego początku budowała swoją wizję świata na materializmie, negacji transcendencji i przekonaniu, że historia jest polem nieustannej walki klas? To nie jest pytanie akademickie ani czysto teoretyczne, lecz pytanie, które w XX wieku stało się bardzo konkretne i bardzo realne, szczególnie w kontekście Ameryki Łacińskiej, gdzie pojawił się nurt nazwany teologią wyzwolenia, próbujący połączyć przesłanie Ewangelii z analizą społeczną inspirowaną marksizmem.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało przekonująco, a nawet pociągająco, bo mówiono o ubogich, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie zmiany struktur, które krzywdzą człowieka, a więc o sprawach, które rzeczywiście znajdują się w centrum chrześcijańskiego nauczania, jednak problem nie polegał na tym, że ktoś chciał mówić o ubogich, lecz na tym, że zaczęto patrzeć na Ewangelię przez pryzmat kategorii, które z chrześcijaństwem są wewnętrznie sprzeczne, ponieważ zamiast Objawienia jako punktu odniesienia pojawiła się analiza ideologiczna, zamiast grzechu jako rzeczywistości duchowej – konflikt klasowy, zamiast zbawienia – projekt przebudowy świata według określonej wizji politycznej.
I właśnie w tym miejscu dochodzimy do momentu, w którym trzeba powiedzieć jasno: nie da się pogodzić Ewangelii z marksizmem bez zniszczenia jednej z tych rzeczywistości, a w praktyce zawsze kończy się to zniszczeniem Ewangelii, ponieważ ideologia, która nie uznaje Boga, nie może stać się neutralnym narzędziem w rękach teologii, lecz zaczyna ją przekształcać od środka, narzucając jej swoje kategorie, swoje cele i swoją logikę działania.
Marksizm nie jest jedynie „metodą analizy społecznej”, jak próbowano to przedstawiać, lecz jest całościową wizją świata, która zakłada, że rzeczywistość można wyjaśnić wyłącznie w kategoriach materialnych, że religia jest narzędziem utrwalania niesprawiedliwości, a historia zmierza do określonego celu poprzez konflikt i rewolucję, i jeśli takie założenia zostają przeniesione na grunt teologii, to w konsekwencji zmienia się wszystko: zmienia się sposób rozumienia człowieka, zmienia się sposób rozumienia zbawienia, zmienia się nawet obraz samego Chrystusa, który przestaje być Zbawicielem, a zaczyna być symbolem walki społecznej.
Nie jest przypadkiem, że Kościół, a szczególnie Magisterium, zareagował na ten nurt w sposób zdecydowany i jednoznaczny, ponieważ dostrzeżono bardzo szybko, że nie chodzi tu o drobną korektę języka czy o nowe akcenty duszpasterskie, lecz o fundamentalne przesunięcie, które prowadzi do zamiany teologii w ideologię, a wiary w narzędzie polityczne, co w konsekwencji oznacza zdradę jej istoty, ponieważ chrześcijaństwo nie jest projektem społecznym, który ma zostać zrealizowany siłami ludzkimi, lecz odpowiedzią na Objawienie, które przekracza każdą ideologię i każdą ludzką konstrukcję.
Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary, przygotowane w latach osiemdziesiątych, nie pozostawiały w tej kwestii wątpliwości, wskazując jasno, że teologia wyzwolenia, w swoich radykalnych formach, prowadzi do redukcji wiary do wymiaru politycznego, do utożsamienia zbawienia z wyzwoleniem ekonomicznym i społecznym oraz do przyjęcia kategorii walki jako podstawowego klucza interpretacyjnego rzeczywistości, co stoi w sprzeczności z Ewangelią, która nie neguje sprawiedliwości, ale zakorzenia ją w czymś znacznie głębszym niż konflikt – w prawdzie o człowieku jako osobie powołanej do relacji z Bogiem.
Problem polega na tym, że pokusa, która stała za teologią wyzwolenia, nie zniknęła wraz z jej krytyką, lecz powraca w nowych formach, często bardziej subtelnych i trudniejszych do rozpoznania, ponieważ współczesny świat nadal próbuje wciągnąć chrześcijaństwo w logikę ideologiczną, proponując mu miejsce w przestrzeni publicznej pod warunkiem, że stanie się narzędziem określonych projektów społecznych i politycznych, że przestanie mówić o grzechu, o nawróceniu, o zbawieniu, a zacznie koncentrować się wyłącznie na problemach, które da się rozwiązać na poziomie strukturalnym.
To jest dokładnie ten sam mechanizm, tylko ubrany w nowy język, bardziej miękki, bardziej „nowoczesny”, bardziej dostosowany do współczesnej wrażliwości, ale w swojej istocie prowadzący do tego samego: do przesunięcia centrum ciężkości z Boga na człowieka, z łaski na działanie, z prawdy na projekt, który ma zostać zrealizowany tu i teraz.
Historia pokazuje jednak jednoznacznie, że kiedy ideologia zaczyna interpretować Ewangelię, przestaje chodzić o zbawienie człowieka, a zaczyna o przebudowę świata według określonego schematu, a wtedy Kościół przestaje być przestrzenią spotkania z Bogiem, a staje się narzędziem realizacji określonych celów, które – nawet jeśli brzmią szlachetnie – nie mają już zakorzenienia w Objawieniu, lecz w ludzkich koncepcjach, które zmieniają się wraz z epoką.
I właśnie dlatego pytanie, które stawiamy na początku, pozostaje aktualne i niezwykle ważne: czy można głosić Ewangelię językiem Marksa?
Odpowiedź, jeśli traktujemy chrześcijaństwo poważnie, może być tylko jedna: nie, ponieważ język nie jest neutralny, a narzędzia, których używamy, zawsze kształtują to, co mówimy, i jeśli przyjmujemy narzędzia ideologii, prędzej czy później zaczynamy mówić jej językiem, nawet jeśli wydaje nam się, że wciąż głosimy Ewangelię.
Dlatego ten temat nie jest zamknięty, nie należy do przeszłości i nie jest jedynie przedmiotem sporów teologicznych sprzed kilkudziesięciu lat, lecz pozostaje jednym z najważniejszych wyzwań współczesnego Kościoła, który musi na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce być wierny temu, czym jest, czy dostosować się do świata, który bardzo chętnie przyjmie chrześcijaństwo – pod warunkiem, że przestanie być ono chrześcijaństwem.
Jeśli chcesz zobaczyć ten problem szerzej, z pełnym kontekstem i rozwinięciem, posłuchaj tej audycji:
Być może największym zagrożeniem dla wiary nie jest dziś jej odrzucenie, lecz jej przekształcenie w coś, co tylko ją przypomina, a w rzeczywistości jest już czymś zupełnie innym.