Są takie rozmowy, po których człowiek nie wychodzi bogatszy o ciekawostkę, lecz obciążony pytaniem. Nie o gust muzyczny, nie o ulubiony zespół, lecz o to, co tak naprawdę stoi za dźwiękiem, który wszyscy znamy na pamięć. Rozmowy z młodymi mają tę właściwość, że nie pozwalają uciec w półprawdy. Oni nie pytają: czy to ładne. Oni pytają: czy to prawdziwe. I właśnie tak było tym razem.
Zaczęło się od ikon. Od legend. Od nazwisk, które w kulturze masowej funkcjonują niemal jak święci nowej religii: John Lennon, The Beatles, Elvis Presley. Klasyka. Kanon. Muzyka, która – jak się powszechnie uważa – „łączy pokolenia” i „niesie uniwersalne wartości”. Tyle że im dłużej słuchasz, tym wyraźniej widzisz, że nie każda uniwersalność jest niewinna, a nie każda melodia jest neutralna.
W tym miejscu trzeba powiedzieć rzecz niewygodną: „Imagine” nie jest tylko piosenką. I nigdy nią nie było. Sam Lennon mówił o niej otwarcie i bez złudzeń. Nie trzeba interpretatorów, ideologicznych przeciwników ani „nadgorliwych krytyków”. Wystarczy oddać głos autorowi.
John Lennon, mówiąc o wydanej w 1971 roku balladzie rockowej, przyznawał wprost, że zawiera ona wyraźne elementy antyreligijne, antynacjonalistyczne i antykapitalistyczne. Nie są to dopowiedzenia – to jego własna diagnoza. Idąc dalej, Lennon tłumaczył bez ogródek:
„To jest właściwie manifest komunistyczny, chociaż nie jestem komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”
I to zdanie jest kluczem. Nie dlatego, że Lennon „nie był komunistą”, lecz dlatego, że dokładnie rozumiał, co sprzedaje. Sam przyznawał, że „Imagine” jest tym samym przekazem co „Working Class Hero”, „Mother” czy „God”, tylko podanym w bardziej strawnej formie. Dla mas. Dla radia. Dla świata, który nie kupiłby brutalnej prawdy, ale chętnie przyjmie ją w wersji estetycznej.
Lennon mówił dalej jeszcze dosadniej:
„‘Imagine’ zawiera dokładnie ten sam przekaz co Manifest Komunistyczny, tylko pokryty lukrem. Lukier sprawia, że jest akceptowalna. Zrozumiałem, jak muszę postępować.”
To zdanie powinno być drukowane drobnym maczkiem pod każdym wykonaniem tej piosenki. Bo oto artysta sam przyznaje, że mamy do czynienia z ideologicznym projektem, a nie poetycką fantazją. Z projektem, który – podobnie jak Manifest Partii Komunistycznej autorstwa Karol Marx i Fryderyk Engels – postuluje świat bez religii, bez własności, bez narodów, bez transcendencji i bez odpowiedzialności przed czymkolwiek większym niż „tu i teraz”.
Przypomnijmy: w „Manifeście” religia, moralność i tradycyjny porządek zostały nazwane „przesądami burżuazyjnymi”, a własność prywatna – wrogiem równości. Lennon dokładnie te same elementy usuwa ze swojego wyobrażonego świata. Nie ma nieba. Nie ma piekła. Nie ma państw. Nie ma religii. Nie ma posiadania. Są tylko ludzie żyjący chwilą. Brzmi pięknie. Tak samo brzmiały utopie Marksa. Tak samo brzmiały obietnice Lenina. I wiemy, jak się skończyły, gdy przestały być piosenką, a stały się polityką.
I tu dochodzimy do momentu, w którym warto zestawić Lennona z kimś, kto również był ikoną popkultury, również nosił koronę tłumów, ale nie pomylił sceny z ołtarzem. Elvis Presley był człowiekiem poranionym, słabym, uzależnionym, pełnym sprzeczności. Ale miał jedną cechę, która czyniła go radykalnie innym: nie absolutyzował siebie.
„Ja nie jestem Królem. Jezus Chrystus jest Królem. Ja jestem tylko wokalistą.”
To zdanie nie pasuje do świata „Imagine”. Jest w nim pokora, której ideologia nie znosi. Jest uznanie granicy. Jest świadomość, że człowiek – nawet uwielbiany – nie jest miarą dobra i zła. Presley upadał, ale wiedział, przed Kim powinien klęknąć. Lennon zbudował świat, w którym klękanie jest zbędne – i dlatego ten świat kończy się pustką.
„Imagine” sprzedaje nam utopię braterstwa bez prawdy, pokoju bez sprawiedliwości i wolności bez odpowiedzialności. To nie jest przypadek. To dokładnie ten sam schemat, który historia zna aż za dobrze. I właśnie dlatego rozmowa o muzyce nie mogła pozostać rozmową o muzyce. Bo w tle zawsze stoi pytanie o człowieka: czy chce być stworzony – czy chce być bogiem.
Kontrast między Elvisem Presleyem a Johnem Lennonem nie jest kontrastem stylistycznym ani muzycznym. To nie jest różnica między rock’n’rollem a popem, między Memphis a Liverpoolem. To różnica antropologiczna i duchowa, a więc znacznie głębsza niż jakikolwiek gust.
Obaj byli ikonami. Obaj doświadczyli absolutnej sławy. Obaj mieli tłumy u stóp. Obaj byli produktami epoki, która zaczęła mylić artystę z prorokiem. Ale tylko jeden z nich zachował świadomość własnej granicy.
Lennon budował swoją tożsamość na negacji. Negował Boga, negował tradycję, negował religię, negował narodowość, negował własność. Psychologicznie był człowiekiem, który nie potrafił znieść żadnego autorytetu poza sobą samym. Jego bunt nie był buntem dziecka wobec niesprawiedliwości świata. Był buntem dorosłego mężczyzny wobec samej idei, że ktoś lub coś może być ponad nim.
Dlatego Lennon nie szukał Boga. On Go zastąpił.
Nie chciał sensu – chciał autonomii.
Nie chciał prawdy – chciał narracji, którą sam kontroluje.
Duchowo był człowiekiem, który uznał, że transcendencja jest zbędna, bo wystarczy „świadomość”, „pokój” i „wyobraźnia”. Tyle że ta wyobraźnia była pusta – nie dlatego, że była zła, ale dlatego, że była odcięta od odpowiedzialności. Świat Lennona nie zna pojęcia winy, bo nie zna pojęcia sądu. Nie zna przebaczenia, bo nie zna grzechu. Nie zna nadziei, bo nie zna wieczności. Jest tylko „tu i teraz” – a to za mało, by unieść ciężar ludzkiego życia.
Presley był inny. Psychologicznie znacznie bardziej kruchy. Znacznie mniej ideologiczny. Znacznie bardziej rozdarty. On nie konstruował świata. On w nim cierpiał. Nie pisał manifestów. Pisał wyznania. Nie głosił wizji nowego człowieka. Zmagał się z tym, że nie potrafi być takim, jakim powinien.
I to jest kluczowa różnica.
Lennon mówił: „świat jest zły, bo wierzy w Boga, własność i granice”.
Presley – nawet jeśli nie zawsze słowami – mówił: „świat jest trudny, bo ja jestem słaby”.
To dwie zupełnie różne postawy duchowe.
Jedna prowadzi do ideologii.
Druga prowadzi do pokory.
Presley wiedział, że sława nie zbawia. Wiedział, że scena nie jest ołtarzem. Wiedział, że aplauz nie jest miłością. Dlatego – mimo wszystkich swoich upadków – nie uzurpował sobie boskości. Kiedy mówił: „Jezus Chrystus jest Królem”, nie była to poza. To była świadomość granicy między artystą a Absolutem. Między człowiekiem a Bogiem.
Lennon tej granicy nie uznał. I właśnie dlatego jego wizja świata musiała być światem bez nieba. Bo niebo oznacza sąd. Oznacza prawdę. Oznacza, że nie wszystko zależy od narracji. A tego Lennon – jako projekt duchowy – nie mógł zaakceptować.
Psychologicznie Presley był człowiekiem wstydzącym się własnej porażki. Lennon – człowiekiem usprawiedliwiającym własną pychę. Duchowo Presley był człowiekiem, który wiedział, że potrzebuje Zbawiciela. Lennon był człowiekiem, który uznał, że zbawienie polega na usunięciu samej idei zbawienia.
I dlatego ich muzyka – choć obie poruszające – prowadzi w dwóch przeciwnych kierunkach. Jedna w stronę wyznania: „zawiodłem, przepraszam, kocham”. Druga w stronę utopii: „wyobraź sobie, że nie musisz nikogo przepraszać”.
Historia pokazała, że świat bez Boga nie stał się bardziej ludzki. Stał się bardziej samotny. A człowiek, który nie uznaje żadnej instancji wyższej od siebie, nie staje się wolny. Staje się bezbronny wobec własnych demonów.