Kiedy maska spada z idola

Czasem wystarczy jedna rozmowa z młodzieżą, by człowiek – nawet taki jak ja 😉 – zatrzymał się i spojrzał głębiej. Dziś rozmawialiśmy niby o muzyce: Elvis, The Beatles, John Lennon. Ale gdy zsuniesz zasłonę dźwięków i stylu, zostaje coś o wiele poważniejszego. Zostaje pytanie o prawdę, miłość i życie wieczne. I o to, co dzieje się z człowiekiem, który ogłasza samego siebie bogiem.

John Lennon – ikona popkultury, twarz pokoju i wolności. Tak nas uczono. Ale wystarczy wczytać się w jego słowa, by zrozumieć, że pod tą ikoną kryje się coś znacznie bardziej niepokojącego:

„Nie wierzę w Jezusa. Nie wierzę w Hitlera. Nie wierzę w Kennedy’ego.”
„Wierzę w siebie. W Yoko i w siebie. I to jest cała prawda.”
„Jesteśmy bardziej popularni niż Jezus.”

To nie są zwykłe frazy artysty. To są deklaracje religijne. Lennon nie tylko odrzuca Boga – on tworzy własną ewangelię „ja”. Ewangelia ego, bez Zbawiciela, bez pokory, bez nieba. Manifest duchowego egoizmu, który postawił człowieka na tronie, a Jezusa zepchnął z krzyża.

“Imagine there’s no heaven…” – utwór okrzyknięty hymnem pokoju – to w rzeczywistości hymn pustki. Świat bez Boga, bez nieba, bez zasad, bez odpowiedzialności. Ale czy taki świat to raj?
A może przedsionek piekła, w którym “wszystko wolno” zamienia się w “nic nie ma sensu”?

John Lennon nie był prorokiem prawdy. Był fałszywym mesjaszem nowej religii – religii ciała, popkultury i pychy.Umierał wierząc, że wygrał. A tymczasem cztery kule zakończyły jego buntowniczy mit szybciej niż kolejna płyta trafiła do sklepów.

A obok niego stał inny idol – Elvis Presley. Też udręczony. Też pogubiony. Ale różniło ich jedno: Elvis wiedział, że nie jest Bogiem.

„Ja nie jestem Królem. Jezus Chrystus jest Królem. Ja jestem tylko wokalistą.”

To jedno zdanie znaczy więcej niż cała rewolucja Beatlesów. Bo w nim jest prawda. Bo wypowiedział je człowiek, który zobaczył granice swojej pychy i upadku – i uklęknął. Może i był złamany. Może i uzależniony. Ale wiedział, kto jest Panem.

Gdy słuchasz dziś “Always on My Mind”, czujesz, że to nie tylko piosenka o miłości. To wyznanie winy. Wołanie o przebaczenie. I wtedy w głowie rozbrzmiewają słowa Jana Pawła II:

„Człowiek szuka miłości, bo w głębi serca wie, że tylko miłość może uczynić go szczęśliwym.”

Nie bunt. Nie sława. Nie świat bez Boga. Tylko miłość, która prowadzi do prawdy.

Presley przegrał walkę z samym sobą – ale wiedział, z kim przegrał. Lennon – zginął przekonany, że nie musi nikomu się tłumaczyć. Ale to właśnie jego śmierć pokazuje, że człowiek bez Boga nie staje się wolny. Staje się łatwym celem.

Dlatego dziś, kiedy młodzi słuchają “Imagine”, warto ich zapytać:

Czy naprawdę chcesz świata bez nieba?
Bez prawdy?
Bez Jezusa?

Świat Lennona – to świat “bez religii”, który nie przyniósł ludzkości pokoju. Przyniósł samotność, depresję, narkotyki i kulę w plecy. Może dziś warto słuchać Elvisa. Ale nie dla rytmu, bardziej dla pokory, która prowadzi nas do odkrycia potężnej prawdy, która mieści się w sformułowaniu: „Jezus Chrystus jest Królem.” Bo na końcu każdej opowieści – i tej wielkiej, i tej naszej – zostaje jedno pytanie: Czy klęczałeś przed prawdą, czy stałeś na scenie własnego ego, aż spadła kurtyna?