Gdzie jest CHRYSTUS w naszych świętach?

Wesołych Świąt… ale jakich? To jedno z tych zdań, które w ostatnich latach zrobiły zawrotną karierę właśnie dlatego, że niczego nie wyjaśnia i niczego nie wymaga. Brzmi poprawnie, uprzejmie, nowocześnie. Nie prowokuje sprzeciwu, nie wywołuje napięcia, nie domaga się odpowiedzi. A jednak, im częściej je słyszymy, tym bardziej uderza jedno zasadnicze pytanie, którego coraz rzadziej mamy odwagę sobie postawić: jakie właściwie święta mamy na myśli, składając te życzenia, i kogo w nich naprawdę chcemy uczcić? 

Bo dziś święta coraz częściej funkcjonują jako emocjonalna przestrzeń bez przedmiotu – jest nastrój, są dekoracje, jest atmosfera wspólnoty i „bycia razem”, ale znika to, co stanowiło ich sens i oś: konkretne wydarzenie, konkretna prawda, konkretna Osoba. Zostaje forma, która świetnie się prezentuje, dobrze sprzedaje i nikogo nie niepokoi, bo nie stawia żadnych granic ani pytań, a przecież właśnie pytania są tym, co od zawsze towarzyszyło autentycznemu świętowaniu.

Boże Narodzenie nie powstało jako neutralny „czas dobroci”, ani jako uniwersalne zimowe święto pozytywnych emocji. Jego istotą było i pozostaje jedno, bardzo konkretne twierdzenie: Bóg stał się człowiekiem. Nie ideą. Nie symbolem. Nie jedną z wielu duchowych narracji. Ale wydarzeniem, które weszło w historię i które – jeśli traktować je poważnie – domaga się odpowiedzi, a nie tylko dekoracyjnej akceptacji.

Tymczasem współczesna kultura coraz wyraźniej próbuje zachować święta, jednocześnie usuwając z nich to, co niewygodne. Chrystus jako „jeden z wielu” – jeszcze do przyjęcia. Boże Narodzenie jako tradycja kulturowa – mile widziane. Ale Boże Narodzenie jako prawda, która mówi coś definitywnego o człowieku, świecie i sensie życia – to już zaczyna przeszkadzać. Dlatego język się zmienia, znaczenia się rozmywają, a pytania zastępuje się emocjami.

Święta bez Boga są łatwe. Święta bez prawdy są bezpieczne. Święta bez treści nikogo nie ranią – ale też nikogo nie przemienia. I właśnie dlatego pytanie „Wesołych Świąt… ale jakich?” nie jest prowokacją ani retoryczną złośliwością. Jest pytaniem o uczciwość wobec samych siebie. Bo albo mamy odwagę przyznać, że Boże Narodzenie jest czymś więcej niż nastrojem, albo godzimy się na to, by zostało ono kolejnym ładnym rytuałem, który świat chętnie zachowa, pod warunkiem że nie będzie mówił zbyt wiele o prawdzie.

Na końcu bowiem wszystko sprowadza się do prostego wyboru: czy chcemy świętować coś, czy Kogoś. Czy zadowala nas forma, czy jesteśmy gotowi zmierzyć się z treścią. Czy szukamy spokoju za wszelką cenę, czy sensu, który czasem kosztuje.

Moi Drodzy, na te Święta życzę nie tylko spokoju i rodzinnego ciepła, ale przede wszystkim odwagi myślenia i uczciwości serca – odwagi, by nie zadowolić się pustym słowem, i uczciwości, by zapytać, kogo naprawdę chcemy w tych dniach świętować.

Życzę Świąt nie rozmytych, lecz prawdziwych. Świąt, które nie uciekają od treści. Świąt, w których Boże Narodzenie pozostaje tym, czym było od początku – narodzeniem Boga, który przychodzi do człowieka, a nie tylko do dekoracji.

Błogosławionych, świadomych i prawdziwych Świąt Bożego Narodzenia.