Gdy Kościół zamienia się w klub nocny

Jeszcze kilka lat temu wszystko zaczynało się niewinnie. Od słów: „trzeba wyjść do ludzi”, „trzeba się otworzyć”, „trzeba szukać nowych form”, „trzeba prowadzić dialog”. Dialog – słowo-wytrych, słowo-amulett, słowo, które miało usprawiedliwiać każde przesunięcie granicy. Potem pojawiło się kolejne: „ubogacenie”. Ubogacenie liturgii, ubogacenie doświadczenia, ubogacenie duchowości. I nikt już nie pytał, czym dokładnie ma być to ubogacenie, ani czy zawsze prowadzi ono ku górze, czy może raczej – w dół.

W tym sensie taniec na rurze w ewangelickim zborze w Dolnej Saksonii nie jest żadnym wypadkiem przy pracy. Nie jest skandalem w klasycznym sensie. Jest konsekwencją. Jest logicznym skutkiem wieloletniego procesu, w którym wspólnoty chrześcijańskie Zachodu coraz mniej wierzą w to, że Ewangelia sama w sobie wystarcza, że cisza ma sens, że granica między sacrum a profanum nie jest sztucznym konstruktem, lecz czymś realnym i koniecznym.

W jednym z protestanckich kościołów w północnych Niemczech, podczas nabożeństwa adwentowego, zaproszono profesjonalną tancerkę, która wykonała pokaz tańca na rurze. Nie była to spontaniczna improwizacja ani prywatna inicjatywa artystyczna. Był to zaplanowany element wydarzenia religijnego, zatwierdzony, uzasadniony i objaśniony przez pastorkę Lisę Koens. Sama pastorka nie tańczyła, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. To ona otworzyła drzwi. To ona zaprosiła tę formę do przestrzeni, która – jeszcze do niedawna – miała być przestrzenią modlitwy, skupienia i oddzielenia od świata.

Uzasadnienie było dokładnie takie, jakie dziś słyszymy coraz częściej. W Biblii jest taniec. Taniec to radość. Adwent to wyzwolenie. Pole dance nie musi być erotyczny. Kobiety odzyskały tę formę. Zmienił się kontekst. Zmieniła się narracja. Zmieniło się znaczenie. Tyle że to wszystko są słowa. A religia nie żyje tylko ze słów. Żyje z form, symboli, gestów, znaków, które niosą ze sobą realną treść kulturową i duchową.

Taniec na rurze nie powstał w świątyni. Nie wyrósł z tradycji modlitwy. Nie jest neutralnym ruchem ciała. Jest formą, która przez dekady funkcjonowała w bardzo konkretnym kontekście – klubów nocnych, barów, rozrywki erotycznej. Można do niego dopisać dowolną opowieść, ale nie da się wymazać jego znaczenia. Forma nie staje się święta tylko dlatego, że ktoś postanowił ją ochrzcić odpowiednią narracją. W rzeczywistości dzieje się coś dokładnie odwrotnego: to forma przekształca przestrzeń, w której się pojawia.

I w tym miejscu warto zapytać wprost: czy tak ma wyglądać dialog? Czy tak ma wyglądać ubogacenie ekumeniczne? Czy naprawdę wierzymy, że wspólnoty chrześcijańskie mają się wzajemnie inspirować w kierunku coraz głębszego zacierania granic? Najpierw pastorki i „panie biskupi”, potem performans zamiast modlitwy, potem taniec na rurze – a wszystko to w imię otwartości, dialogu i wrażliwości.

Jeżeli dialog oznacza rezygnację z własnej tożsamości, to nie jest dialog. To jest kapitulacja. Jeżeli ubogacenie polega na zapożyczaniu form świata, to nie jest ubogacenie, lecz zubożenie. Bo Kościół – niezależnie od wyznania – nie istnieje po to, by nadążać za światem. Istnieje po to, by wskazywać coś, czego świat nie ma i dać nie potrafi.

Tymczasem obserwujemy coraz częściej dokładnie ten sam mechanizm, zarówno w przestrzeni protestanckiej, jak i – niestety – także katolickiej. Skoro ludzie odchodzą, trzeba ich czymś przyciągnąć. Skoro się nudzą, trzeba ich poruszyć. Skoro nie słuchają, trzeba ich zabawić. I tak krok po kroku nabożeństwo zaczyna przypominać event, liturgia – spektakl, a wspólnota – widownię.

Problem polega na tym, że ten eksperyment nie działa. Nie działa w Niemczech, gdzie liczba apostazji bije kolejne rekordy, zarówno w Kościele katolickim, jak i we wspólnotach protestanckich. Nie działa dlatego, że człowiek, który szuka Boga, nie szuka kopii świata. Świat zawsze będzie lepszy w byciu światem. Zrobi show głośniej. Zrobi event atrakcyjniej. Da więcej bodźców. Kościół, który próbuje z nim konkurować na tym polu, z góry skazuje się na porażkę.

Dlatego taniec na rurze w kościele nie jest dowodem odwagi. Jest dowodem bezradności. Jest znakiem, że zabrakło już wiary w to, że prawda, cisza, modlitwa i sakrament mają w sobie realną moc. Jest sygnałem, że granica między sacrum a profanum została uznana za zbędną przeszkodę, a nie za fundament.

I właśnie dlatego pytanie nie brzmi: czy to było „stosowne”. Pytanie brzmi: co jeszcze jesteśmy gotowi uznać za ubogacenie, skoro już dziś uważamy, że taniec na rurze może znaleźć swoje miejsce w przestrzeni religijnej. Jeżeli wszystko da się uzasadnić, to nic nie jest już święte. Jeżeli wszystko można włączyć, to nie ma już nic, co wymaga ochrony.

Kościół, który zamienia się w klub nocny, nie robi tego dlatego, że świat go do tego zmusza. Robi to dlatego, że sam przestaje wierzyć w sens własnego istnienia. I to jest prawdziwy dramat tej historii – nie sam taniec, nie sama rura, lecz droga, która do nich doprowadziła.

Bo Kościół, który chce być wszystkim, przestaje być czymkolwiek.
A Kościół, który rezygnuje z sacrum, nie otwiera się na człowieka – on po prostu znika.