Zatrzymaj się na moment i spróbuj uczciwie odpowiedzieć sobie na jedno pytanie, bez ucieczki w wygodne półprawdy, bez zasłaniania się hasłami o „otwartości” i „nowych drogach duszpasterskich”, bez tej miękkiej narracji, która dziś coraz częściej zastępuje konkret: czy Droga Krzyżowa, która przez wieki prowadziła człowieka pod krzyż Jezusa Chrystusa, może zostać wypełniona czymkolwiek, co tylko ktoś uzna za ważne, czy jednak jest ona czymś tak głęboko zakorzenionym w Objawieniu, w Tradycji i w doświadczeniu wiary Kościoła, że jej sensu nie wolno dowolnie przestawiać, rozciągać i podmieniać, nawet jeśli robi się to w imię wrażliwości, empatii i współczesnego języka.
Bo właśnie wokół tego pytania ogniskuje się wydarzenie, które rozegrało się w Austrii i które nie jest żadną ciekawostką, żadnym lokalnym eksperymentem, żadnym „przypadkiem z Zachodu”, tylko jest bardzo wyraźnym sygnałem, że coś, co przez lata narastało w tle, dziś wychodzi na pierwszy plan, wchodzi do kościołów, do nabożeństw, do samego centrum życia religijnego i zaczyna zmieniać jego sens od środka.
Projekt „Fluchtweg” – „Droga Ucieczki” – nie jest bowiem tylko inicjatywą społeczną, ale wydarzeniem organizowanym w kościołach katolickich, wspieranym przez konkretne diecezje, współtworzonym w ramach projektu ekumenicznego i promowanym jako coś wartościowego, coś potrzebnego, coś, co ma pomóc ludziom „lepiej zrozumieć współczesność”, a w rzeczywistości jest czymś znacznie bardziej radykalnym: jest próbą przepisania Drogi Krzyżowej na język ideologii.
Nie trzeba tu żadnych interpretacji, wystarczy przeczytać to, co sami organizatorzy mówią:
„Wywiady z queerowymi uchodźcami stanowią podstawę Stacji Krzyżowej. Teksty zostały opracowane z opowieści, które są przedstawione w formie fikcyjnych rozmów telefonicznych.”
To zdanie powinno wybrzmieć do końca, bez łagodzenia, bez rozmywania, bez uciekania w „ale”, „jednak”, „trzeba zrozumieć kontekst”, bo ono samo w sobie jest diagnozą tego, co się wydarzyło: fundamentem Drogi Krzyżowej przestaje być wydarzenie zbawcze, przestaje być realna Męka Jezusa Chrystusa, przestaje być Objawienie, a zaczyna być konstrukcja literacka, świadomie opracowana, ułożona, podana w formie fikcyjnej rozmowy telefonicznej, która ma wywołać określony efekt.
To nie jest rozwój nabożeństwa.
To jest jego podmiana.
I idźmy dalej, bo kolejne słowa tylko to potwierdzają:
„Opowiedziane historie są niesamowicie nawiedzające – oddech się zatrzymuje, brakuje słów, aby opisać, co to wyzwala w jednym z nich.”
To zdanie odsłania drugi poziom tej zmiany, który jest jeszcze bardziej niepokojący, bo pokazuje, że nie chodzi już nawet o treść, ale o sposób przeżywania: nie mówi się o prawdzie, nie mówi się o zbawieniu, nie mówi się o ofierze, nie mówi się o grzechu i jego odkupieniu, mówi się o tym, co „to wyzwala w człowieku”, o emocji, o doświadczeniu, o intensywności przeżycia.
I właśnie w tym momencie dokonuje się fundamentalne przesunięcie, które można nazwać bez wahania: przejściem od chrystocentryzmu do antropocentryzmu. Chrześcijaństwo zaczyna się od Boga, który objawia się człowiekowi. Natomiast tutaj wszystko zaczyna się od człowieka, który opowiada swoją historię. To nie jest różnica stylistyczna. To jest różnica religijna.
W projekcie „Fluchtweg” dochodzi do jeszcze jednego elementu, który pokazuje skalę zmiany: wydarzenie ma charakter ekumeniczny, współtworzone jest przez różne środowiska, a jego organizatorzy wprost mówią o przekraczaniu granic jako wartości samej w sobie.
„Jeśli żyjemy razem jako ludzie chrześcijańscy (queer) różnorodność, kościół staje się miejscem, które przekracza granice.”
Zdanie brzmi atrakcyjnie, nowocześnie, „inkluzywnie”, ale jego sens jest głęboko problematyczny, bo Kościół nigdy nie był powołany do tego, by przekraczać granice prawdy, tylko do tego, by jej strzec, a jeśli granice zaczynają być traktowane jako przeszkoda, którą trzeba usunąć, to znaczy, że problem nie dotyczy formy, tylko samej istoty wiary.
I teraz dochodzimy do momentu, który dla wielu będzie niewygodny, ale którego nie da się pominąć: konfrontacji z nauczaniem Kościoła. Katechizm Kościoła Katolickiego nie pozostawia tu żadnych wątpliwości:
„Opierając się na Piśmie Świętym, które przedstawia akty homoseksualne jako akty poważnej deprawacji, tradycja zawsze deklarowała, że ‘akty homoseksualne są z natury nieuporządkowane’. (…) W żadnym wypadku nie mogą zostać zatwierdzone.”
Można ten fragment próbować interpretować, można go ignorować, można mówić o „zmieniającym się rozumieniu”, ale nie można udawać, że go nie ma. A jeśli zestawimy go z projektem, który łączy Drogę Krzyżową z narracją LGBT, który opiera się na emocjonalnych historiach i który ma budować nowy sposób przeżywania religii, to widzimy wyraźnie, że nie mamy do czynienia z neutralną inicjatywą, tylko z napięciem, którego nie da się pogodzić.
I teraz najważniejsze pytanie: jak do tego doszło? To nie wydarzyło się w jeden rok. To również nie wydarzyło się nagle. To jest efekt długiego procesu, który polega na zmianie języka, zmianie wrażliwości i zmianie punktu odniesienia, a który został kiedyś opisany jako „długi marsz przez instytucje”: nie niszczysz struktur, nie burzysz Kościoła, nie zamykasz świątyń, tylko wchodzisz do środka i zmieniasz znaczenia.
Zostaje Droga Krzyżowa. Zostaje kościół. Zostaje język, ale treść jest już inna. I dlatego młodzi ludzie, którzy uczestniczą w takich wydarzeniach, nie widzą w nich problemu, bo nie mają punktu odniesienia, który pozwoliłby im ten problem dostrzec.
Dla nich to jest normalne. I właśnie to jest najbardziej niepokojące. Bo jeśli coś takiego staje się normalne, to znaczy, że zmiana zaszła głębiej, niż jesteśmy gotowi przyznać. I ktoś może powiedzieć: to tylko Austria. Ale czy naprawdę? Czy nie widzimy podobnych zjawisk u nas?
Czy nie widzimy prób redefinicji języka, obecności środowisk ideologicznych w przestrzeniach kościelnych, medialnej ochrony dla tych, którzy rozmywają nauczanie, i jednoczesnego piętnowania tych, którzy próbują to nauczanie przypominać? Czy nie widzimy sytuacji, w której krytyka poglądów jest natychmiast uznawana za atak na człowieka, choć każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z elementarną logiką, wie, że to są dwie różne rzeczy?
To wszystko są elementy tego samego procesu. I właśnie dlatego to, co wydarzyło się w Austrii, jest tak ważne, bo pokazuje, dokąd ten proces prowadzi. Na końcu zostaje Kościół, który wygląda jak Kościół, mówi jak Kościół, używa tych samych słów, ale znaczy coś zupełnie innego. I wtedy pojawia się najważniejsze pytanie, którego nie da się już odłożyć: czy chcemy Kościoła, który jest wierny Chrystusowi, nawet jeśli to oznacza sprzeciw wobec świata, czy Kościoła, który jest zgodny ze światem, nawet jeśli oznacza to odejście od Chrystusa?
Przecież dwóch rzeczy naraz mieć się nie da. I właśnie dlatego sprawa Drogi Krzyżowej w Austrii nie jest tematem pobocznym. Jest sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy jeszcze rozumiemy, czym jest prawdziwa wiara.
Na koniec trzeba już zdjąć wszystkie filtry, wszystkie miękkie słowa, wszystkie dyplomatyczne formuły i powiedzieć rzecz najprostszą, a zarazem najtrudniejszą do przyjęcia: nie mamy dziś do czynienia z niewinnym eksperymentem, nie mamy do czynienia z jedną niefortunną inicjatywą, nie mamy do czynienia z „poszukiwaniem języka dla współczesnego człowieka”, tylko z procesem systematycznej podmiany sensów, w którym to, co przez wieki było nośnikiem Objawienia, zostaje użyte jako narzędzie do przekazania treści z Objawieniem sprzecznych, a to oznacza, że problem nie leży na poziomie formy, ale na poziomie prawdy.
Bo jeżeli Droga Krzyżowa — nabożeństwo, które prowadziło człowieka przez konkretne etapy Męki Jezusa Chrystusa — zostaje zastąpiona konstrukcją opartą na fikcyjnych rozmowach telefonicznych, jeżeli w miejsce wydarzenia zbawczego wprowadza się narrację zbudowaną tak, by wywołać emocję, jeżeli język zbawienia zostaje wyparty przez język przeżycia, jeżeli przestrzeń świątyni zaczyna służyć spektaklowi, a nie adoracji, jeżeli ekumenizm przestaje być spotkaniem w prawdzie, a staje się narzędziem rozmywania granic, to znaczy, że nie jesteśmy świadkami „poszerzenia perspektywy”, tylko przesunięcia fundamentu.
I to jest moment, w którym trzeba odzyskać zdolność nazywania rzeczy po imieniu, bo największym zwycięstwem tej rewolucji nie jest to, że zmienia struktury, ale to, że odbiera ludziom język do jej opisania, że sprawia, iż zaczynamy się wahać, czy jeszcze wolno powiedzieć „to jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła”, czy wolno powiedzieć „to nie prowadzi do Chrystusa”, czy wolno powiedzieć „to jest deformacja pobożności”, czy też powinniśmy raczej milczeć, żeby nikogo nie urazić, żeby nie zostać oskarżonym o brak wrażliwości, żeby nie narazić się na etykietę „zamknięcia”.
A prawda jest taka, że to nie ci, którzy przypominają nauczanie Kościoła, są dziś radykalni, tylko radykalna jest zmiana, która próbuje to nauczanie obejść, rozbroić i zastąpić czymś, co brzmi podobnie, ale znaczy coś zupełnie innego. Bo jeśli ktoś mówi, że centrum nie musi być już Chrystus, tylko może być nim człowiek i jego doświadczenie, to nie proponuje korekty akcentów, tylko proponuje nową religię.
Jeśli ktoś mówi, że granice trzeba przekraczać, a nie strzec, to nie rozwija doktryny, tylko ją relatywizuje. Jeśli ktoś zamienia nabożeństwo w wydarzenie emocjonalne, to nie pogłębia duchowości, tylko ją spłyca. I jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko jest konieczne, żeby „Kościół przetrwał”, to w rzeczywistości mówi coś dokładnie odwrotnego: że Kościół ma przetrwać nie jako wierny depozytariusz prawdy, ale jako instytucja dostosowana do oczekiwań świata.
Tylko że Kościół nigdy nie był powołany do tego, żeby odpowiadać na oczekiwania świata. Kościół był powołany do tego, żeby ten świat sądzić światłem Ewangelii. I dlatego dziś nie chodzi o to, czy ktoś jest bardziej „otwarty” albo bardziej „tradycyjny”, nie chodzi o estetykę, o styl, o wrażliwość, tylko chodzi o to, czy jeszcze wierzymy, że Objawienie jest normą, czy już uznajemy, że normą jest doświadczenie człowieka.
Bo jeśli to drugie, to wszystko się rozsypuje — sakramenty, moralność, liturgia, antropologia, sens krzyża, sens zbawienia. I wtedy naprawdę zostaje już tylko scenografia. Kościół, który wygląda znajomo, ale nie prowadzi już do Boga. Nabożeństwa, które brzmią znajomo, ale nie prowadzą już do nawrócenia. Słowa, które brzmią znajomo, ale nie niosą już tej samej treści.
I to jest właśnie moment próby. Nie dla Austrii. Dla każdego, kto jeszcze chce myśleć poważnie o wierze. Bo w tej sytuacji nie da się stać z boku. Albo uznamy, że to wszystko jest naturalny rozwój i pójdziemy dalej tą drogą, aż do momentu, w którym Kościół stanie się tylko jedną z wielu instytucji oferujących „duchowe doświadczenia”. Albo zatrzymamy się i powiemy jasno: nie wszystko, co odbywa się w kościele, jest jeszcze Kościołem w sensie wiary, nie wszystko, co nazywa się Drogą Krzyżową, prowadzi do Chrystusa, i nie każda zmiana jest rozwojem.
Bo są takie zmiany, które są po prostu odejściem. I jeśli tego dziś nie zobaczymy, jutro możemy już nie mieć punktu odniesienia, żeby to nazwać.