Czerwona zaraza – krzyk powstańca i ostrzeżenie dla przyszłości

29 sierpnia 1944 roku, w płonącej Warszawie, wśród ruin, ognia i śmierci, młody poeta i żołnierz Armii Krajowej – Józef „Ziutek” Szczepański – napisał swój ostatni wiersz: „Czerwona zaraza”. Nie był to zwykły utwór literacki. To był krzyk serca młodego człowieka, który stał pośród gruzów stolicy, widząc nie tylko barbarzyństwo niemieckiego okupanta, ale i nadciągającą z drugiej strony falę sowieckiego komunizmu.

Ten tekst jest czymś więcej niż poezją – jest świadectwem rozdartego narodu. Narodu, który w sierpniu i wrześniu 1944 roku znalazł się między „czarną śmiercią” nazizmu a „czerwoną zarazą” komunizmu. Szczepański wiedział, że jedna okupacja się kończy, ale nie przyniesie to wolności. Wiedział, że druga zaraza zatruje duszę Polski na długie dekady.

„Czerwona zaraza” to nie tylko wiersz – to prorocze proroctwo. Bo Polacy walczący w Powstaniu Warszawskim dobrze rozumieli, że Armia Czerwona stojąca na drugim brzegu Wisły nie przyjdzie im z pomocą. Stalin i jego generałowie świadomie czekali, aż miasto zostanie zdławione przez Niemców, aż elita polskiego państwa podziemnego zostanie wybita, aż krew bohaterów zmyje ze stolicy życie. Wtedy dopiero wkroczy „wyzwoliciel” – nie po to, by dać wolność, ale po to, by narzucić swoją niewolę.

Dziś, osiemdziesiąt lat później, pytanie zadane w wierszu Józefa Szczepańskiego wciąż brzmi aktualnie: czy duch tamtej zarazy naprawdę odszedł w przeszłość, czy tylko zmienił maskę i działa w nowych formach ideologii?

Historia uczy nas, że totalitaryzm nigdy nie umiera, on jedynie przybiera nowe oblicza. Nazizm i komunizm były dwiema stronami tej samej monety – pogardy dla człowieka, dla prawdy, dla Boga. Nazizm mówił o rasie i biologii, komunizm o klasie i ekonomii. Ale cel był ten sam: złamać człowieka, odebrać mu wolność, stworzyć nowy świat bez Boga i bez moralności.

Dziś nie widzimy czołgów Armii Czerwonej na ulicach, ale widzimy ideologie, które działają subtelniej, a przez to groźniej. Mówi się o „nowej tolerancji”, „neutralności światopoglądowej”, „prawie do własnej prawdy”. Wmawia się ludziom, że wszystkie religie są równe, że rodzina jest tworem państwa, że wolność to robienie tego, co się chce, niezależnie od dobra i prawdy. To są nowe maski tej samej zarazy. To właśnie o tym pisał papież Pius IX w encyklice Quanta cura i w Syllabusie errorum, potępiając fałszywe wizje wolności i równości, które prowadzą nie do zbawienia, ale do zatracenia.

„Ziutek” Szczepański w 1944 roku nie mógł znać tekstów Piusa IX, ale intuicyjnie rozumiał, że Polska znalazła się między dwiema ideologiami – między kłamstwem nazistowskim a kłamstwem komunistycznym. Jego wiersz to lament, ale także ostrzeżenie. Ostrzeżenie, że nawet gdy upada jedna niewola, druga może wejść na jej miejsce. I że walka o wolność to nie tylko kwestia broni, ale także prawdy, o którą trzeba się bić w sercu i w umyśle.

Dlatego wspominając tamte słowa, trzeba dziś pytać: czy duch czerwonej zarazy odszedł, czy może żyje dalej w nowych ideologiach? Widzimy przecież, jak próbuje się wyrzucić religię z przestrzeni publicznej, jak podważa się naturalne prawo rodziców do wychowania dzieci, jak próbuje się wmówić, że tradycja i wiara to przeszkody na drodze do „postępu”. To wszystko są echa dawnego kłamstwa, które nie umiera – tylko zmienia język.

„Czerwona zaraza” Józefa Szczepańskiego pozostaje więc tekstem niezwykle aktualnym. To nie jest tylko wiersz o przeszłości – to apel o czujność. O to, byśmy nie dali się oszukać nowym formom tej samej nienawiści do Boga, prawdy i wolności. To wezwanie, by pamiętać, że naród bez pamięci, naród, który pozwala sobie odebrać prawdę, staje się bezbronny wobec każdej ideologii.

Dlatego musimy pamiętać o „Ziutku” i jego krzyku z 29 sierpnia 1944 roku. Musimy pamiętać, że między ruinami Warszawy rozbrzmiał głos młodego poety-żołnierza, który wołał do przyszłych pokoleń: nie dajcie się zwieść nowym kłamstwom, nie wpuszczajcie do serca zarazy, która niszczy naród od środka.