Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał 25 listopada orzeczenie, które w normalnym, poważnym państwie prawa powinno zostać odłożone na półkę z dopiskiem: „wykracza poza kompetencje”. Tymczasem w Polsce rozgorzała debata przypominająca raczej teatr polityczny niż rozmowę o prawie i suwerenności. TSUE uznał, że Polska ma obowiązek uznać zawarte w Niemczech tak zwane małżeństwo dwóch mężczyzn, uważając, że odmowa narusza unijną swobodę przemieszczania się oraz zakaz dyskryminacji. Sprawa, wydawałoby się, wąska i techniczna, nagle została rozdmuchana do rangi walki o fundament europejskiej tożsamości. Tymczasem polskie prawo działa tu jasno, precyzyjnie i bez żadnych luk: Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązująca od 1997 roku, w artykule 18 stanowi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej. Nie ma tam gwiazdki, dopisku, „chyba że TSUE stwierdzi inaczej” albo „o ile państwo członkowskie uzna inaczej, interpretując unijną swobodę przemieszczania się”. Konstytucji nie da się interpretować jak horoskopu, który każdy czyta, jak mu wygodnie. Jest aktem ustrojowym najwyższego rzędu. I to jest sedno całej sprawy.
Warto wyjaśnić krok po kroku, jak sprawa trafiła do Luksemburga. Dwaj obywatele Polski, z których jeden posiada również obywatelstwo niemieckie, zawarli w 2018 roku w Berlinie związek, który niemieckie prawo określa mianem małżeństwa jednopłciowego. Po powrocie do Polski złożyli wniosek o transkrypcję tego aktu stanu cywilnego w Urzędzie Stanu Cywilnego dla miasta stołecznego Warszawy. Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego prawidłowo odmówił, argumentując, że polskie prawo nie zna takiej instytucji. Wojewoda mazowiecki w pełni podtrzymał tę decyzję i wyjaśnił, że transkrypcja zagranicznego aktu wymagałaby wpisania do polskich dokumentów dwóch mężczyzn jako „męża” i „żony”. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oddalił skargę mężczyzn, potwierdzając, że urzędnik działał zgodnie z prawem, Konstytucją i zasadami polskiego porządku prawnego. Dopiero Naczelny Sąd Administracyjny, rozpatrując skargę kasacyjną, skierował pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE, co samo w sobie jest przykładem paradoksu – bo polski sąd, zamiast oprzeć się na klarownym artykule 18 Konstytucji RP, zwrócił się do organu, który w tej dziedzinie nie ma żadnych kompetencji.
I tutaj zaczyna się cała unijna „twórczość”, przed którą przestrzegają od lat prawnicy z Instytutu Ordo Iuris. Trybunał Sprawiedliwości UE nie pytał, czy ma kompetencje w zakresie prawa rodzinnego. Nie sprawdzał, czy traktaty pozwalają mu ingerować w definicję małżeństwa w państwach członkowskich. Po prostu stworzył nową interpretację, jakby prawo unijne było elastyczną plasteliną, którą można formować według bieżących ideologicznych oczekiwań. Orzeczenie TSUE opiera się na absurdalnym założeniu, że odmowa uznania zagranicznego aktu, sprzecznego z polską Konstytucją, może utrudnić korzystanie ze swobody przemieszczania się. Innymi słowy: jeśli Polska nie uzna w swoich rejestrach tego, czego jej prawo uznać nie może, to podobno narusza zasady Unii. To tak, jakby powiedzieć, że skoro Polak za granicą może prowadzić samochód bez pasów bezpieczeństwa, a w Polsce nie może, to Polska narusza swobodę przemieszczania się. Argument logicznie absurdalny, ale politycznie skuteczny – przynajmniej w Brukseli.
Instytut Ordo Iuris od razu zwrócił uwagę na podstawową rzecz. Dyrektywa o swobodzie przepływu osób, na którą powołuje się TSUE, została uchwalona jeszcze przed akcesją Polski do Unii Europejskiej. Nikt nie zakładał, że pojęcie „współmałżonka” będzie wykorzystywane jako narzędzie narzucania państwom członkowskim konieczności uznawania związków jednopłciowych, które stoją w sprzeczności z ich porządkami konstytucyjnymi. W dodatku prawo unijne samo przyznaje, że definicja małżeństwa należy wyłącznie do ustawodawstw krajowych – wspomina o tym artykuł 9 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Unia Europejska nie posiada kompetencji do regulowania materialnego prawa rodzinnego. To jest oczywistość prawna. A jednak TSUE, w imię ideologicznego postępu, wchodzi w kompetencje państw członkowskich jak buldożer, który uznał, że granice są tylko sugestią.
Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest to, że TSUE już wielokrotnie przekraczał swoje kompetencje, ale tylko w Polsce robi się z tego sprawę egzystencjalną. W Niemczech Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe otwarcie stwierdził, że niemiecka konstytucja ma pierwszeństwo przed prawem unijnym. Gdy TSUE podjął decyzję, z którą Niemcy się nie zgodziły, niemiecki Trybunał powiedział wprost: to jest orzeczenie wydane ultra vires, poza kompetencjami, i nie musi być wykonywane. Bruksela pokiwała głową, pojęczała proceduralnie i przeszła nad tym do porządku dziennego. Bo Niemcom wolno więcej. Tymczasem w Polsce ta sama sytuacja jest przedstawiana jako niemal bunt przeciw „europejskim wartościom”. Logika prosta jak cegła: Berlin może mówić „nie”, Warszawa powinna mówić „tak, jak sobie życzycie”.
W tym kontekście wystąpienie Donalda Tuska jest czymś na pograniczu komedii politycznej i autoparodii. Najpierw premier mówi, że „Unia nie może niczego narzucić Polsce w kwestii małżeństw jednopłciowych”. Po czym w kolejnym zdaniu dodaje, że „Polska będzie oczywiście respektować wyrok TSUE”. Można się zastanawiać, czy premier mówi to świadomie, czy po prostu czyta z kartki przygotowanej wcześniej – ale efekt jest ten sam: zaprzecza sam sobie w obrębie jednego komunikatu. To taka polityczna wersja schizofrenii legislacyjnej: w teorii jesteśmy suwerenni, w praktyce wykonamy wszystko, co nakaże europejski sąd. „Taka jest Europa” – dodaje Tusk, jakby powtarzał slogan reklamowy, który dawno stał się memem.
Minister Waldemar Żurek również popisuje się w tej sprawie wyjątkową konsekwencją inaczej. Najpierw mówi publicznie, że wyrok TSUE jest sprzeczny z polskim porządkiem konstytucyjnym, czym potwierdza to, co mówią wszyscy poważni prawnicy od lat. A chwilę później deklaruje, że wyrok trzeba wykonać. To trochę tak, jakby lekarz powiedział pacjentowi: „Ta terapia jest dla pana niebezpieczna i niczego nie leczy”, po czym dodał: „Proszę ją jednak stosować trzy razy dziennie”. Można by się zastanawiać, czy to przypadek rozdwojenia poglądów, czy może zwykła polityczna kalkulacja, ale jedno jest pewne: z Konstytucją RP nie da się negocjować. Nie jest to dokument, który można stosować wybiórczo jak menu restauracyjne.
Najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno premier, jak i minister sprawiedliwości przysięgali na Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej. Przysięgali strzec suwerenności, przestrzegać prawa, bronić ustroju. Sędziowie również składają ślubowanie na Konstytucję, a nie na traktaty unijne. To nie TSUE jest źródłem władzy państwowej w Polsce. To nie Komisja Europejska stoi ponad polskim porządkiem prawnym. To nie Parlament Europejski decyduje o ustroju polskiej rodziny. Tymczasem dzisiejsza linia polityczna wygląda tak, jakbyśmy żyli w jakiejś nowej konstrukcji państwowej – gdzie parlament, konstytucja i polskie sądy są tylko dekoracją, a realne decyzje zapadają w mieście, które nie zna ani języka polskiego, ani polskiego porządku prawnego, ani polskiej kultury prawnej.
To, co media robią z tej sprawy, można opisać jednym zdaniem: młyn na wodę rewolucji kulturowej. Artykuły, komentarze, długie eseje – wszystkie operują tym samym schematem: Polska musi uznać te „małżeństwa”, bo takie są „europejskie standardy”. Ani słowa o artykule 18 Konstytucji RP. Ani słowa o braku kompetencji UE w zakresie prawa rodzinnego. Ani słowa o tym, że w Niemczech orzeczenia TSUE mogą sobie leżeć na półce, jeśli naruszają konstytucję. Ani słowa o orzecznictwie polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który już w 2021 roku jasno stwierdził: Konstytucja RP ma pierwszeństwo przed prawem unijnym w obszarach, w których państwo nie przekazało Unii kompetencji. Ale po co o tym mówić? Prawda byłaby zbyt niewygodna, a narracja musi się zgadzać.
Wszystko to prowadzi do oczywistej konkluzji, którą każdy uczciwy obserwator powinien wynieść z tej sprawy. TSUE orzekł – ale orzeczenie to w Polsce nie może wywołać skutków prawnych, bo stoi w sprzeczności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Konstytucja jest najwyższym prawem, a umowy międzynarodowe i prawo unijne obowiązują tylko w zakresie, w jakim Polska dobrowolnie przekazała dane kompetencje. Nie przekazała kompetencji w zakresie definicji małżeństwa. Nie przekazała kompetencji w zakresie prawa rodzinnego. Nie przekazała kompetencji w zakresie ustroju instytucji państwa. Dopóki Konstytucja RP obowiązuje – a obowiązuje – dopóty żadne orzeczenie TSUE nie może jej zastąpić.
Dlatego w tej sprawie najważniejsza nie jest wcale kwestia „małżeństw” jednopłciowych, choć sama w sobie jest fundamentalna dla porządku moralnego i prawnego. Najważniejsze jest pytanie o to, jaki ustrój mamy w Polsce. Czy państwo, w którym Konstytucja obowiązuje tylko wtedy, gdy zgadza się z nią TSUE, można jeszcze nazwać państwem suwerennym? Czy państwo, w którym premier i minister sprawiedliwości deklarują pełne wykonywanie orzeczeń zagranicznego trybunału, nawet tych sprzecznych z ustawą zasadniczą, można nazwać państwem prawa? Czy państwo, które nie potrafi bronić własnej konstytucji, ma jeszcze instytucjonalny kręgosłup?
Na końcu aż ciśnie się na usta gorzki, ale nieunikniony wniosek. Kiedyś dyrektywy płynęły z Moskwy. Dziś płyną z Brukseli. Zmieniły się symbole, dekoracje i słownictwo, ale metoda jest ta sama: ideologia narzuca się pod pozorem prawa, a suwerenność traktuje jak przeszkodę w realizacji „postępu”. Zmieniono opakowanie, ale treść jest ta sama – tylko zamiast marksizmu ekonomicznego mamy teraz jego kulturową mutację, znacznie subtelniejszą, ale równie destrukcyjną. I może to jest jedyna prawdziwa lekcja płynąca z orzeczenia TSUE. Nie tyle to, że coś nakazuje, ale że odkrywa, kto naprawdę w Polsce ma odwagę bronić Konstytucji – a kto tylko macha nią na wiecach, by potem posłusznie wykonywać to, co przychodzi z zagranicy.
Wszystko to prowadzi do oczywistej konkluzji, którą każdy uczciwy obserwator powinien wynieść z tej sprawy. TSUE orzekł – ale orzeczenie to w Polsce nie może wywołać skutków prawnych, bo stoi w sprzeczności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Konstytucja jest najwyższym prawem, a umowy międzynarodowe i prawo unijne obowiązują tylko w zakresie, w jakim Polska dobrowolnie przekazała dane kompetencje. Nie przekazała kompetencji w zakresie definicji małżeństwa. Nie przekazała kompetencji w zakresie prawa rodzinnego. Nie przekazała kompetencji w zakresie ustroju instytucji państwa. Dopóki Konstytucja RP obowiązuje – a obowiązuje – dopóty żadne orzeczenie TSUE nie może jej zastąpić.
Dlatego w tej sprawie najważniejsza nie jest wcale kwestia „małżeństw” jednopłciowych, choć sama w sobie jest fundamentalna dla porządku moralnego i prawnego. Najważniejsze jest pytanie o to, jaki ustrój mamy w Polsce. Czy państwo, w którym Konstytucja obowiązuje tylko wtedy, gdy zgadza się z nią TSUE, można jeszcze nazwać państwem suwerennym? Czy państwo, w którym premier i minister sprawiedliwości deklarują pełne wykonywanie orzeczeń zagranicznego trybunału, nawet tych sprzecznych z ustawą zasadniczą, można nazwać państwem prawa? Czy państwo, które nie potrafi bronić własnej konstytucji, ma jeszcze instytucjonalny kręgosłup?
Na końcu aż ciśnie się na usta gorzki, ale nieunikniony wniosek. Kiedyś dyrektywy płynęły z Moskwy. Dziś płyną z Brukseli. Zmieniły się symbole, dekoracje i słownictwo, ale metoda jest ta sama: ideologia narzuca się pod pozorem prawa, a suwerenność traktuje jak przeszkodę w realizacji „postępu”. Zmieniono opakowanie, ale treść jest ta sama – tylko zamiast marksizmu ekonomicznego mamy teraz jego kulturową mutację, znacznie subtelniejszą, ale równie destrukcyjną. I może to jest jedyna prawdziwa lekcja płynąca z orzeczenia TSUE. Nie tyle to, że coś nakazuje, ale że odkrywa, kto naprawdę w Polsce ma odwagę bronić Konstytucji – a kto tylko macha nią na wiecach, by potem posłusznie wykonywać to, co przychodzi z zagranicy.