Kościół, który świat lubi… czy Kościół Chrystusa?

Są dwa obrazy Kościoła. Pierwszy jest gładki, sympatyczny, zawsze gotowy do dialogu. Nikogo nie urazi, nikogo nie zgorszy. Będzie mówił o wartościach, solidarności, pokoju, ekologii, godności człowieka. Zawsze w tonie miękkim. Bez ostrych krawędzi. Bez słów, które mogłyby zaboleć.

Drugi jest znacznie trudniejszy do przyjęcia. Mówi o grzechu. Wzywa do nawrócenia. Stawia wymagania. Nie zgadza się na wszystko. Czasem milczy, ale kiedy mówi – mówi jasno. Nie po to, by kogokolwiek potępić, lecz by ocalić prawdę. Pytanie brzmi: który z nich jest Kościołem Chrystusa? To nie jest retoryczna prowokacja. To jest pytanie, które wraca w każdej epoce. I które dziś brzmi wyjątkowo ostro.

Włodzimierz Sołowjow, rosyjski myśliciel przełomu XIX i XX wieku, w swojej „Krótkiej opowieści o Antychryście” przedstawił wizję człowieka, który zjednoczył świat w imię pokoju, humanizmu i dobra wspólnego. Był elokwentny. Był wrażliwy. Mówił o miłości, tolerancji, jedności religii. Kościoły były mu potrzebne – o ile nie upierały się przy prawdzie absolutnej.

Antychryst Sołowjowa nie nienawidzi religii. On ją wykorzystuje. Zostawia symbole, usuwa treść. Pozostawia Ewangelię – ale bez krzyża. Miłość – bez ofiary. Jedność – bez prawdy. To wizja sprzed ponad stu lat. A jednak brzmi znajomo.

Kardynał Giacomo Biffi, komentując tę opowieść, zwracał uwagę, że największym zagrożeniem dla Kościoła nie jest prześladowanie. Największym zagrożeniem jest religia zredukowana do humanitaryzmu. Chrześcijaństwo, które przestaje mówić o zbawieniu, a zaczyna mówić wyłącznie o poprawie świata.

Nie chodzi o to, że troska o świat jest czymś złym. Chodzi o to, że jeśli przestajemy mówić o grzechu, łasce, nawróceniu i życiu wiecznym – zostaje nam organizacja charytatywna z chrześcijańskim logo. To już nie jest Kościół Chrystusa. To jest Kościół, który świat lubi.