Dokąd idziemy? To pytanie nie jest retoryczne. Nie jest też prowokacją dla samej prowokacji. Jest pytaniem fundamentalnym – o kierunek, o sens, o cel drogi, którą dziś proponuje się Kościołowi i Europie. W poniedziałek 26 stycznia 2026 roku odbędą się obchody XXVI Dnia Islamu w Kościele katolickim w Polsce pod hasłem: „Chrześcijanie i muzułmanie: Kim mamy nadzieję wspólnie się stać”. Hasło brzmi spokojnie, pojednawczo, niemal idyllicznie. A jednak w jego cieniu rodzi się pytanie zasadnicze: wspólnie stać się kim? I dokąd ta wspólna droga prowadzi?
Nie ma w tym tekście wrogości wobec kogokolwiek. Jest natomiast obowiązek myślenia. Obowiązek rozróżniania. Obowiązek wierności prawdzie. Kościół nie istnieje po to, by rozmywać różnice, lecz by głosić Objawienie. A Objawienie nie jest tworem kultury, lecz darem Boga.
Chrześcijaństwo wyznaje Boga Trójjedynego. Ojca, Syna i Ducha Świętego. Tajemnicę miłości wpisaną w samo wnętrze Boga. Islam tę tajemnicę odrzuca. W Koranie znajdujemy jednoznaczne zaprzeczenie boskości Chrystusa i samej Trójcy. To nie są niuanse teologiczne. To fundament.
Chrystus w Ewangelii mówi o Bogu jako Ojcu. O relacji. O synostwie. O uczestnictwie w życiu Trójcy przez łaskę. W islamie Allah pozostaje absolutnie transcendentny, niepoznawalny, nieojcowski. Nie ma Wcielenia. Nie ma Krzyża. Nie ma Odkupienia. Jeśli więc pytamy: „kim mamy się wspólnie stać?”, musimy najpierw zapytać: do jakiego Boga wspólnie zmierzamy? Bo Bóg Trójca i Allah nie są pojęciami zamiennymi. To nie są dwa różne imiona tej samej rzeczywistości. To dwie odmienne wizje Absolutu.
Wśród świętych największy teolog, wśród teologów największy święty – tak określano św. Tomasza z Akwinu. Jego myśl nie jest ciekawostką średniowiecza. Jest filarem katolickiej doktryny. W „Summa contra gentiles” podejmuje on analizę islamu, nie w tonie emocjonalnym, lecz filozoficznym.
Akwinata zwraca uwagę na koncepcję raju. To jeden z kluczowych punktów różnicy. W islamie raj – jak mówi Koran (5:65) – jest ogrodem rozkoszy. Hadisy dopowiadają szczegóły: hurysy, wiecznie młode kobiety, odnawiające dziewictwo, nagroda dla wiernych. W surze 52:19–20 czytamy: „Jedzcie i pijcie w pokoju za to, co czyniliście (…) My damy im za żony hurysy o wielkich oczach”.
Święty Tomasz wskazuje, że taka wizja nie ma wymiaru nadprzyrodzonego. Jest przedłużeniem zmysłowości, nie uczestnictwem w życiu Boga. Chrześcijaństwo mówi o visio beatifica – oglądaniu Boga twarzą w twarz. O szczęściu duchowym, przekraczającym cielesność. To nie jest różnica estetyczna. To różnica antropologiczna.
Chrześcijaństwo mówi: „nie cudzołóż”. Mówi o nierozerwalnym małżeństwie jednego mężczyzny i jednej kobiety. O wierności jako obrazie relacji Chrystusa do Kościoła. Islam dopuszcza wielożeństwo. Dopuszcza określone formy współżycia w innych ramach prawnych. To nie jest kwestia uprzedzeń. To kwestia aksjologii. Innego rozumienia osoby, ciała, relacji, miłości. W chrześcijaństwie męczennik to ten, kto oddaje życie, nie odbierając go nikomu. W islamie pojęcie męczennika bywa łączone z walką w obronie wiary, a w niektórych nurtach z nagrodą w raju za śmierć w dżihadzie. Znów – nie chodzi o osąd ludzi. Chodzi o różnicę w doktrynie.
Europa przeżywa kryzys demograficzny i duchowy. Feliks Koneczny pisał, że cywilizacje giną nie wtedy, gdy są atakowane, lecz gdy tracą wiarę w siebie. Oriana Fallaci ostrzegała przed rozmywaniem tożsamości w imię fałszywie rozumianej tolerancji. To nie były teksty nienawiści. To były ostrzeżenia przed utratą kryteriów. Nie można budować dialogu, jeśli nie wiemy, kim jesteśmy. Nie można rozmawiać, jeśli najpierw zrezygnujemy z własnej tożsamości.
Dialog ma sens tylko wtedy, gdy strony wiedzą, kim są. Kościół nie może prowadzić dialogu kosztem prawdy o Chrystusie. Nie może relatywizować Objawienia w imię dobrych relacji. Ostateczne pytanie brzmi: czy droga, którą proponuje się dziś pod hasłem wspólnego stawania się, prowadzi do oglądania Boga twarzą w twarz, czy do rozmycia różnic w imię spokoju? Kościół jest – jak mówi Pismo – „podporą i filarem prawdy”. Prawda nie jest narzędziem konfliktu. Jest warunkiem wolności. Dlatego nie chodzi o odrzucenie dialogu. Chodzi o jego granice. O świadomość różnic. O odwagę mówienia jasno. Bo cywilizacje nie umierają ze starości. Umierają wtedy, gdy przestają wiedzieć, kim są.