To, co dzieje się dziś wokół synodalności, coraz wyraźniej przestaje być zwykłą dyskusją o sposobie organizowania spotkań, konsultacji czy większego zaangażowania świeckich w życie Kościoła. W rzeczywistości spór ten dotyka znacznie głębszego poziomu — samego rozumienia prawdy, autorytetu, Tradycji i tego, czym w swojej istocie ma być Kościół Chrystusa w świecie, który coraz bardziej odrzuca pojęcie obiektywnego ładu moralnego i coraz agresywniej próbuje podporządkować wszystko logice emocji, subiektywnych doświadczeń oraz społecznych oczekiwań.
Przez długi czas wielu wiernych słyszało uspokajające zapewnienia, że synodalność oznacza przede wszystkim słuchanie człowieka, próbę dostrzeżenia problemów współczesności, większą wrażliwość duszpasterską oraz budowanie wspólnoty bardziej otwartej na rozmowę. I samo to nie budziło większego sprzeciwu, ponieważ Kościół od początku swojego istnienia rozmawiał z człowiekiem, odpowiadał na dramaty epok, próbował prowadzić ludzi ku Bogu nawet w najbardziej chaotycznych czasach. Problem zaczął pojawiać się dopiero wtedy, gdy coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że pod pozornie łagodnym językiem „procesu”, „rozeznawania”, „towarzyszenia” i „inkluzywności” kryje się nie tylko nowy styl komunikacji, ale bardzo głęboka zmiana sposobu myślenia o samym Kościele, jego misji oraz relacji między prawdą objawioną a oczekiwaniami współczesnego świata.
Bo zmiana nigdy nie zaczyna się od otwartego odrzucenia doktryny. Historia pokazuje, że znacznie skuteczniejszym mechanizmem jest stopniowe przesuwanie akcentów, zmienianie języka, osłabianie znaczeń i budowanie nowej mentalności bez konieczności formalnego wypowiadania wojny dotychczasowemu nauczaniu. Najpierw usuwa się jednoznaczność, ponieważ zaczyna być postrzegana jako „zbyt twarda”. Później rozmywa się pojęcia, aby nikogo nie urazić. Następnie pojawia się przekonanie, że wszystkie kwestie powinny pozostać „otwarte na dalsze rozeznawanie”, aż w końcu człowiek zaczyna funkcjonować w rzeczywistości, w której nadal używa tych samych słów — Ewangelia, miłość, miłosierdzie, Kościół, dialog — ale rozumie je już całkowicie inaczej niż jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu.
I właśnie tutaj pojawia się źródło narastającego niepokoju wielu wiernych, którzy zaczynają zadawać sobie pytanie, czy Kościół nie znajduje się dziś w momencie bardzo niebezpiecznego przesunięcia granic, w którym proces zaczyna być ważniejszy od celu, emocjonalne doświadczenie ważniejsze od prawdy, a poczucie „bycia wysłuchanym” zaczyna zastępować pytanie o zgodność życia człowieka z Ewangelią i niezmiennym nauczaniem Kościoła. Coraz częściej bowiem można odnieść wrażenie, że największym problemem przestaje być sam grzech, odejście od Boga czy kryzys moralny współczesnego człowieka, a staje się nim sytuacja, w której ktoś poczuje się wykluczony, nieskomfortowany albo skonfrontowany z wymagającą prawdą.