§3 Kodeksu Pracy: Proces rekrutacyjny „bez płci” – czyli zakaz mówienia „niania” i „księgowa”

Kiedy patrzymy na świeżo opublikowany Dziennik Ustaw, a w nim ustawę z 4 czerwca 2025 roku, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie mamy już do czynienia z legislacją, lecz z próbą napisania nowego człowieka od podstaw. Nie nowego prawa — nowego człowieka. Bo ten krótki, niepozorny zapis w §3 Kodeksu pracy, nakazujący, aby ogłoszenia o pracę oraz nazwy stanowisk były neutralne pod względem płci, jest czymś znacznie więcej niż techniczną zmianą. To językowy fundament, kamień węgielny przyszłego ładu, w którym „kobieta” i „mężczyzna” przestaną istnieć w sferze publicznej. Znikną nie dlatego, że ktoś ich nie lubi, ale dlatego, że nowy porządek potrzebuje języka pozbawionego korzeni. I realizuje to z chirurgiczną precyzją.

Władysław Kopaliński — ten, który potrafił jednym zdaniem opisać istotę całych cywilizacji — ostrzegał przed tym z niezwykłą klarownością. Pisał o „postmarksistowskim, lewicowym kodeksie politycznym”, który nakazuje unikanie słów mogących wyrażać „dyskryminację” względem płci, rasy, orientacji czy mniejszości. Ten kodeks politycznej poprawności powstał nie po to, by usprawnić komunikację, tylko by — jak ujął to Kopaliński — przebudować wyobraźnię społeczną tak, żeby człowiek nie ośmielił się pomyśleć inaczej, niż życzy sobie system. I oto mamy tę samą logikę wpisaną dzisiaj w polskie prawo.

To, co Kopaliński przewidział jako ideologiczny mechanizm, Orwell opisał jak podręcznik obsługi. W „Roku 1984” napisał o nowomowie — języku, który nie tylko ogranicza słowa, ale ostatecznie eliminuje możliwość myślenia poza urzędową doktryną. W nowomowie nie ma miejsca na „kobietę”, „matkę”, „ojca” czy „żonę”. Tak jak w §3 nie ma miejsca na „niania”, „księgowa”, „pielęgniarka” czy „dyrektorka”. Orwell wiedział, że kiedy zabiera się człowiekowi słowa, odbiera się mu także rzeczywistość. Pozbawiony języka, człowiek przestaje istnieć. Staje się funkcją, jednostką, podmiotem. A dziś — „osobą”.

Ten proces widzimy na żywo. Jeszcze zanim zdążyliśmy ochłonąć po lekturze ustawy, na profilu Kancelarii Premiera pojawił się post z gratulacjami z okazji zakończenia roku szkolnego. Nie dla uczniów. Nie dla dzieci. Nie dla młodzieży. Nawet nie dla uczennic i uczniów. Gratulacje zostały skierowane do… „osób uczniowskich”. Nie jest to zabawna wpadka. To test. Przygotowanie gruntu. Wyłożenie fundamentu pod nowy język, w którym człowiek od kołyski ma być neutralny, a płeć ma zniknąć nie dlatego, że jej nie ma, ale dlatego, że przeszkadza w projekcie przebudowy kultury.

Żeby zrozumieć skalę absurdu tej neutralności, trzeba powiedzieć jasno: neutralność płciowa nie istnieje ani jako fakt biologiczny, ani jako fakt psychologiczny, ani jako fakt antropologiczny. To fikcja. Ideologiczna konstrukcja bez żadnego naukowego oparcia. I trzeba to powiedzieć głośno, zanim stanie się normą, której nie wolno będzie kwestionować.

Antropologia klasyczna — od Lévi-Straussa po Malinowskiego — opiera się na oczywistym założeniu, że ludzka kultura jest ukształtowana wokół różnicy płci. To różnica, a nie jej nieistnienie, formuje język, obyczaj, rodzinę i porządek moralny. Psychologia rozwojowa — od Eriksona po Kohlberga — podkreśla, że tożsamość płciowa jest jednym z pierwszych stabilnych rdzeni ludzkiego rozwoju. Dziecko nie „wybiera” płci z menu ideologicznych alternatyw, lecz odkrywa ją jako część swojej natury. Biologia człowieka mówi jeszcze wyraźniej: płeć nie jest dodatkiem. Jest kodem. Strukturalnym programem organizmu. Neurobiologia idzie dalej: mózg kobiety i mózg mężczyzny różnią się nie symbolicznie, ale fizjologicznie — w strukturze, przetwarzaniu bodźców, reaktywności i sposobie odczytywania świata.

Nauka mówi jednym głosem. Ideologia mówi drugim. I to właśnie ideologia znalazła się w §3 Kodeksu pracy.

Bo jeśli prawo zakazuje mówić „księgowa”, to znaczy, że zakazuje mówić kobieta, która wykonuje zawód księgowej. Jeśli prawo zakazuje mówić „niania”, to znaczy, że zakazuje mówić kobieta, która opiekuje się dziećmi. Jeśli prawo nakazuje używać „neutralnych nazw stanowisk”, to oznacza, że człowiek nie jest już osobą o konkretnej płci, ale jedynie funkcją. „Osobą wykonującą czynności opiekuńcze”. „Osobą odpowiedzialną za prowadzenie ksiąg rachunkowych”. „Osobą zatrudnioną”.

Rekrutacja bez płci to nie tylko absurd. To uderzenie w kobiety. Bo najbardziej sfeminizowane zawody, jak nianie, opiekunki osób starszych, asystentki, księgowe, pracownice żłobków czy recepcjonistki — znikają jako nazwy. A skoro znikają nazwy, to znika także społeczna widzialność kobiet. W imię równości — znika kobieta.

Prawo nie potrafi już powiedzieć wprost: „poszukujemy niani”. Bo byłoby to — według nowej logiki — opresyjne wobec tych, którzy chcą nazywać siebie neutralnie. Państwo zamiast dbać o realny dobrostan kobiet, które wykonują ogrom pracy opiekuńczej, zaczyna karać ich istnienie w języku.

To jest właśnie logika postmarksistowskiego projektu, o którym pisał Kopaliński. Logika, która nie polega na naprawianiu świata, lecz na jego dekonstrukcji. Najpierw burzy się słowa. Potem burzy się pojęcia. A na końcu burzy się człowieka. A przecież język nie jest zbiorem losowych dźwięków. Język jest mapą rzeczywistości. Gdy zmienisz mapę, człowiek zacznie błądzić. Gdy usuniesz kierunki, człowiek przestanie widzieć drogę. I dokładnie to dzieje się na naszych oczach: znika kierunek „kobieta” i „mężczyzna”, a ich miejsce zajmuje nowy kompas, w którym jest jedynie „osoba”.

Cała ta rewolucja jest ubrana w szaty równości. Ale gdy spojrzysz głębiej, widzisz, że równość jest jedynie maską. Pod nią kryje się projekt, który prowadzi do świata bez tożsamości, bez realności, bez zakorzenienia. Świata, w którym płeć nie jest darem, lecz przeszkodą. Świata, w którym różnica jest podejrzana, a podobieństwo narzucone.

Jeśli państwo reguluje, jakich słów nie można używać, to za chwilę zacznie regulować, jakich myśli nie można mieć. Orwell nazwał to myślozbrodnią. Dziś myślozbrodnią staje się powiedzenie „chcę zatrudnić księgową” albo „szukam niani”. I choć brzmi to jak kabaret, nie jest to śmieszne. Kabaret staje się instrukcją obsługi nowej rzeczywistości.

Dlatego trzeba to powiedzieć głośno: neutralność płciowa, wpisana do prawa, jest fikcją. Fikcją, która ma realne konsekwencje. Bo język tworzy świat. I jeśli pozwolimy, by z języka wyrzucono kobietę i mężczyznę, świat, który po nas zostanie, nie będzie już światem ludzi. Będzie światem funkcji.

A świat funkcji jest światem bez serca. Światem bez matek. Światem bez ojców. Światem, w którym dziecko nie jest już córką ani synem, tylko „osobą uczniowską”. I dokładnie tak zaczyna się zmierzch cywilizacji.